* * *

New Post's

[Grudzień 12, 2019, 10:04:03 am]

[Grudzień 10, 2019, 07:25:00 pm]

[Grudzień 07, 2019, 11:30:22 pm]

[Grudzień 06, 2019, 12:08:12 pm]

[Grudzień 04, 2019, 03:18:01 pm]

[Grudzień 03, 2019, 04:51:16 pm]

[Listopad 30, 2019, 02:35:12 pm]

[Listopad 30, 2019, 05:25:19 am]

[Listopad 29, 2019, 04:38:16 pm]

[Listopad 29, 2019, 04:05:11 pm]

[Listopad 29, 2019, 10:30:28 am]

[Listopad 27, 2019, 01:30:25 am]

[Listopad 27, 2019, 12:51:20 am]

[Listopad 21, 2019, 08:47:15 pm]
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.Czy dotarł do Ciebie email aktywacyjny?
Grudzień 13, 2019, 11:34:15 am

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji

26 Gości, 5 Użytkowników
   

Autor Wątek: Władysław Komar. Urodzony, aby żyć kolorowo  (Przeczytany 5395 razy)

Offline sportacademy

  • Administrator
  • Sr. Member
  • *****
  • Wiadomości: 397
  • Karma: +4/-2
    • Zobacz profil
Władysław Komar. Urodzony, aby żyć kolorowo
« dnia: Sierpień 12, 2015, 02:28:06 am »
Władysław Komar. Urodzony, aby żyć kolorowo
 

Z Romanem Polańskim po filmie "Piraci", w którym zagrał Komar, pojechali na działkę operatora Witolda Sobocińskiego. Sroga zima, dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. Patrzyli na skrzącą Narew, nim Polański rzucił zaczepnie: "Och, gdyby tu byli moi polscy kaskaderzy, przepłynęliby tę rzekę wszerz i z powrotem". Komar już zdejmował ubranie. Wskoczył do lodowatej wody, dopłynął do drugiego brzegu i wrócił.


Mikołaj Komar (syn): Ojciec taki był. Wystarczyło rzucić hasło i już coś robił. Uwielbiał się popisywać, udowadniać innym, że jest lepszy, ale bez zadęcia. Wszystko na zasadzie kumpelskiej rywalizacji. Chodziło o to, żeby się pokazać w aurze zabawy.

 
Władysław Nikiciuk (oszczepnik): Fantazja nas nie opuszczała. Zatrzymaliśmy się w Budapeszcie, gdzie Władek spotkał Vilmosa Varju, jednego ze swoich rywali. Atmosfera była luźna, zeszło na to, kto dalej rzuci po alkoholu. Varju zaproponował, żeby wpierw wypili po litrze wina na głowę. Stanęło na dwóch i pół. Przed opróżnieniem gąsiora żaden nie mógł odejść od stolika. Byłem sędzią, pilnowałem, żeby pili w tym samym tempie. Obok odbywały się derby Budapesztu Ferencvaros – Ujpest. Nagle podniosła się wrzawa, bo spiker ogłosił o nietypowym pojedynku dwóch kulomiotów. Obaj ruszyli, żeby sprawdzić się na bocznym boisku. Na trybunach stadionu nagle zrobiło się pusto, bo kibice poszli za nimi. Węgier zwyciężył o kilkadziesiąt centymetrów.

Częściej to jednak Komar wygrywał. W telewizyjnym programie "Pojedynek" rywalizował z perkusistą jazzowym Andrzejem Dąbrowskim. Uczestnicy sprawdzali się w wielu rolach. Komar dyrygował orkiestrą Stefana Rachonia i był kierowcą fabrycznym Fiata. Kiedy jego rywal zastanawiał się nad kolejną konkurencją, Komar poprosił go, żeby pod żadnym pozorem nie wybierał pływania. Dąbrowski oczywiście zdecydował się na wyścig w wodzie. Nie wiedział, że przygoda Komara ze sportem zaczęła się od pływania. Ten jeszcze przed startem podpuszczał przeciwnika, nerwowo dopytując, gdzie jest koło ratunkowe. Cały dystans przepłynął pod wodą. Kiedy zdumiony Dąbrowski zapytał go, jakim cudem z nim wygrał, skoro nie umie pływać, odparł, że biegł po dnie.


Kula z mlekiem matki

Nie byłoby mistrzostwa olimpijskiego w Monachium, gdyby nie włoski pięściarz Giorgio Masteghin. Komar, zanim trafił do lekkoatletyki, próbował sił w boksie. Feliks Stamm powoływał go do młodzieżowej reprezentacji. W czerwcu 1959 roku kariera bokserska 19-letniego Komara skończyła się, nim na dobre się zaczęła. Po nokaucie w pierwszej rundzie odwieziono go nieprzytomnego do szpitala. "Trzepnął tego naszego niczym komara" – komentowali z przekąsem widzowie.

Tadeusz Olszański (dziennikarz "Polityki"): Stamm bardzo w niego wierzył. I się rozczarował. Szukał boksera w wadze ciężkiej, bo w tej kategorii nie mieliśmy tylu wybitnych zawodników, co w innych. Komar miał silny cios, dobrą technikę, ale też jedną wadę. Tak zwaną miękką szczękę. Masteghin go zahaczył, a on padł jak rażony piorunem. Kazali mu szukać innej dyscypliny.

Klęskę Komara z trybun Torwaru oglądał Witold Gerutto, przedwojenny wicemistrz Europy w dziesięcioboju, przyjaciel jego matki. Wanda Jasieńska była czterokrotną rekordzistą Polski w pchnięciu kulą. Gerutto namawiał jej syna, że to również dyscyplina stworzona dla niego. Komar wprawdzie powtarzał, że "wyssał kulę z mlekiem matki", ale przekonany nie był. – Rzucanie ciężarem, którym w efekcie nikogo się nie trafia, wydawało mi się bez sensu. Uważałem tę dyscyplinę za niepoważną, bo jak można klasyfikować potężnych facetów na podstawie dziurek w ziemi? Gerutto podał jednak kwotę, która grubo przekraczała średnie zarobki górnika, hutnika, chociaż na pewno nie kelnera. W sytuacji, gdy miałem do wyboru pranie po mordzie lub nie za te same pieniądze, postanowiłem zająć się tym drugim – tłumaczył w "Alfabecie Komara".

Gerutto powtarzał mu cierpliwie: "Pamiętaj, jak będziesz solidnie trenował, to kiedyś przyjdzie taki dzień, że rzucisz może nawet 18 metrów".

W Monachium Komar wygrał z wynikiem 21,18 metra. Po powrocie pojechał do szpitala w Konstancinie, gdzie leżał schorowany Gerutto. – Władziu, dobrze, że jesteś. Ty umiesz czynić cuda – przywitał go stary mistrz.

Bójki z marynarzami

Zanim cuda nastąpiły, musiały być porażki i rozczarowania. Również na własne życzenie. Na pierwsze igrzyska pojechał w 1964 roku. Wrócił zawiedziony. – Nie umiałem się zachować. Pokusy Tokio były tak ogromne, że zmogły moją wysoką formę i zamiast zająć miejsce medalowe, zająłem odległe, ósme czy dziewiąte (dziewiąte – przyp. red.). Co osłabiło moją formę? Trzy przyczyny: nietrenowanie, kobitki, alkohol przeszkadzał i palenie papierosów – nie ukrywał w filmie dokumentalnym "Gwiazdozbiór polskiego sportu". Wtedy jeszcze starty nie były na pierwszym planie.

Tadeusz Olszański: Zadzwonił do mnie rektor Akademii Wychowania Fizycznego w Gdańsku, na której studiowali Komar z Nikiciukiem. Poprosił: "Ratuj tych chłopaków. Jeżeli nikt im nie zwróci uwagi, to zaraz skończą się jako sportowcy. A zdolni, warto im pomóc". Po powrocie z Trójmiasta napisałem artykuł "Recydywiści". Zachowywali się w sposób niedopuszczalny, nadużywali statusu studenta, pili. Jeżeli im coś nie smakowało na stołówce, to rzucali talerzami. Zwłaszcza Komar tak się popisywał. Obraził się na mnie po tym tekście.

Po nieudanym starcie w Japonii stracił pokój w Ośrodku Przygotowań Olimpijskich w Oliwie. W podobnej sytuacji był inny kulomiot i jego przyjaciel Jerzy Klockowski. Wspólnie wynajęli pokój przy ulicy Grunwaldzkiej i wsiąkli w trójmiejskie życie. Alkohol, zabawa w Grand Hotelu, bójki z marynarzami to był ich świat. Wśród znajomych Komara był też Jeremiasz Barański, późniejszy lider grupy przestępczej, podejrzany o zlecenie zabójstwa byłego ministra sportu Jacka Dębskiego. – Utworzyliśmy mocną grupę, która wkrótce zaczęła dominować w rejonie Wybrzeża. Autorytet zdobywaliśmy nie tylko siłą i pięścią, chociaż i do takich argumentów trzeba było się odwoływać, ale także wiedzą o innym świecie – opowiadał Komar.

Sopot nie miał przed nim tajemnic, umiał poruszać się po jego zakamarkach, często na granicy prawa. Skorzystał z okazji i kupił ruletkę. Założył nielegalne kasyno, które zapewniało mu spore zyski. Zapytany po latach przez Jana Lisa, dlaczego wybrał taką koncepcję życia, miał już przygotowaną odpowiedź zaczerpniętą z Aleksandra Dumasa: "Życie to różaniec utrapień, którego paciorki filozof przesuwa z uśmiechem".

Przed kolejnymi igrzyskami, w 1967 roku, przeniósł się do stolicy. Szybko przylgnął do szemranego towarzystwa, ale gorączka hazardu akurat wygasała. Z dwóch powodów. Po czterech miesiącach znajomości ożenił się z córką marszałka i prominenta komunistycznego Mariana Spychalskiego, Małgorzatą. Związek z uzdolnioną scenograf, która skończyła uczelnię w Paryżu, wymagał zakończenia znajomości ze starymi druhami. – Wszedłem do jej rodziny i nie mogłem narażać imienia ludzi, którzy mnie zaakceptowali. Z drugiej strony nie chciałem zdekonspirować kolegów, gdyż wiedziałem, że za mną chodzi "plaster". Pozostało życie towarzyskie – wyjaśniał. Odnajdywał się w nim znakomicie.

Nauka w domu dziecka

Sam pochodził z ziemiaństwa, jego rodzina miała dworek w Rogówku nieopodal Wilna. Komar przyszedł na świat w Kownie, ale powtarzał za Tadeuszem Konwickim: "Urodziłem się na Litwie, ale jestem zarażony chorobą, która nazywa się polskość".

Komarowie to potomkowie rosyjskich bojarów, co tłumaczyło ich znakomite warunki fizyczne. Jego ojciec, też Władysław, reprezentował Polskę, a potem Litwę (jako Vladislavas Komaras) w zawodach lekkoatletycznych.

Był też administratorem majątku Glinciszki. W czasie II wojnie światowej zaangażował się w działalność polskiego ruchu oporu, należał do Armii Krajowej. Administracje majątków obsadzał rodakami, przechowywał broń, pomagał zagrożonym. Ukrywał aktora Ludwika Sempolińskiego, pisarza Sergiusza Piaseckiego, wielu Żydów czy zakonnice.

Bohdan Łazuka (aktor): Sempoliński był moim profesorem i opowiadał o wojennej zawierusze. Wcześniej występował w teatrzyku Ali Babka, gdzie parodiował Hitlera. Niemcy mu tego nie zapomnieli. Kiedy wkroczyli na teren Litwy, musiał się ukrywać. Pomogli mu Komarowie.

Ojciec kulomiota zginął rok przed zakończeniem II wojny światowej. Sempoliński w książce "Druga połowa życia" opisywał tragiczne wydarzenia z Ginciszek: "Komar otrzymał telefoniczną wiadomość, że na majątek napadła jakaś banda, grabiąc i mordując ludzi. Natychmiast z jednym z niemieckich urzędników wyjechał samochodem do majątku sąsiedniego dla zasięgnięcia języka, po czym chciał wracać do Wilna. Niemiec jednak się uparł, żeby jechać przez Ginciszki. Kiedy przejeżdżali przez majątek, pijana banda otoczyła ich samochód. Wywleczono Komara, a Niemcowi kazano odjechać. Odjechał kilkanaście metrów i ukryty za drzewem obserwował sytuację. Bandyci zamordowali Komara, dźgając go bagnetami do tego stopnia, że kiedy następnego dnia przyjechano po ciało, tego blisko dwumetrowego mężczyznę złożono do niewielkiej skrzynki". Ojciec Komara przeżył 33 lata.

Wdowa z dwójką dzieci uciekła do Polski z dobytkiem spakowanym w jednym worku. Przez Białystok dotarli do Warszawy. Nie miała za co wyżywić Władysława i cztery lata starszej Marii, dlatego zdecydowała się ich oddać do domu dziecka prowadzonego przez urszulanki. Zakonnice pamiętały, jaką pomoc dostały od Komarów w Wilnie i zgodziły się przyjąć oboje do ośrodka w Otorowie, wsi położonej między Szamotułami i Pniewami. W 1953 roku Komar skończył szkołę podstawową i dołączył do matki w Warszawie.

Monachijski poker

Kiedy dziewiętnaście lat później stał na najwyższym stopniu podium olimpijskiego, wróciły wspomnienia. Orkiestra Bundeswehry grała "Mazurka Dąbrowskiego", a Komar miał przed oczami ojca.

Monachium to był jego triumf. Wcześniejsze igrzyska w Meksyku przegrał, a przed wyjazdem na kolejne w Polsce mało kto w niego wierzył. Głośniej było o jego wybrykach niż sukcesach, kibice mieli go za lekkoducha. Zaskoczył wszystkich. Siebie nie, bo jak mówił, poświęcił się treningom i efekty musiały przyjść. Zmierzył się z potęgą amerykańskich kulomiotów. Zanim odebrał złoty medal, poprowadził z nimi grę psychologiczną.

Zaczęło się od kwalifikacji do olimpijskiego finału. Jego najwięksi rywale rzucali bez rozgrzewki, manifestując siłę i lekceważąc pozostałych. Komar nie mógł być gorszy, chciał jednak pobudzić mięśnie. Zgłosił sędziemu dolegliwości żołądkowe i poszedł do toalety. Arbiter stanął przy drzwiach, a Komar w środku zrobił rozgrzewkę. Minimum kwalifikacyjne uzyskał bez problemu.

Na kolejnej rozgrzewce, już przed finałem, przyniósł ze sobą lżejszą kulę. Pomalował ją tak jak pozostałe i położył z boku. Kiedy przyszła jego kolej, rzucił nią w okolicach rekordu świata. Rywale zaczęli się go bać.

W decydującej rozgrywce Komar już pierwszym rzutem wyszedł na prowadzenie. Przez kolejne dwie godziny rywale starali się go pobić. Serce zabiło mu mocniej, kiedy George Woods wypchnął kulę tak daleko, że spadając, obaliła jego tabliczkę. Sędziowie długo mierzyli rzut Amerykanina. Był o centymetr krótszy od Polaka.

Tadeusz Olszański: Po mistrzostwie uradowany Władek zbiegał do sali konferencyjnej, a ja wchodziłem po schodach. Natknęliśmy się na siebie. Konsternacja, zanim padliśmy sobie w ramiona. "Dziękuję za tamten artykuł z Gdańska, bez niego nie byłoby tego medalu" – mówił w uniesieniu. Nastąpił przełom w naszych stosunkach. Po wielu latach pozytywnie ocenił ten krytyczny tekst, co było dla mnie zdumiewające.

Bohdan Łazuka: Wysłałem mu telegram: "Jeżeli ktoś jest najlepszy, to nie ma siły". Powtórzył kiedyś ten tekst, gdy sam odniosłem sukces na scenie.

Tadeusz Drozda (satyryk): Ponoć dzień przed startem Władek wypił butelkę wódki. Mówię ponoć, bo mogła tam być woda. Jego stały numer. Ale po kolei. Po nieudanym starcie do wioski olimpijskiej wrócił jeden z polskich biegaczy. Załamany, bo zawalił, a przygotowywał się cztery lata. Władek próbował go pocieszyć, że to tylko sport, zabawa. Tamten zmierzył go wzrokiem. Władek wyjął flaszkę i całą wypił duszkiem. Atmosfera się rozładowała, poczucie klęski wymieszało z niedowierzaniem. Tylko co było w środku tej butli, tego już nie wiem...

Po powrocie z Monachium zaprosił do domu innego złotego medalistę, Jerzego Gorgonia. Sukces świętowali godnie.

– My chcymy krzynkę wódki! – zażądał piłkarz Górnika Zabrze w sklepie.

– A dlaczego nie dwie? Medal w kuli też ma swoją wagę – spokojnie odpowiedział ekspedient, który ich rozpoznał.

Polowanie na studentki

Z życia czerpał pełnymi garściami, ale ciągle był nienasycony. Wysoki, potężnie zbudowany, miał sylwetkę godną dłuta Fidiasza. Mógł pozować studentom akademii sztuk pięknych jako atleta o naturalnych proporcjach. Do tego twarz ciekawa życia i zawadiackie spojrzenie. Podobał się kobietom i nie ograniczał się w korzystaniu z powodzenia.

Tadeusz Drozda: Bajerował te kobity okrutnie, ale nie należał do romantyków. Zakup kwiatów i czekanie pod oknem nie było w jego stylu.

Mikołaj Komar: Kobiety uwielbiał, dostałem to od niego w genach. Ciężko mi wybrać jedną na całe życie.

Romansował ze sportsmenkami, spotykał się z aktorkami, podrywał studentki. Przed ich egzaminami na AWF chciał poznać kilka świeżo upieczonych maturzystek. Wraz z kolegami ustawili stolik przy bramie wejściowej na uczelnię. Usiadła za nim "komisja egzaminacyjna", z Komarem jako jej przewodniczącym. Zatrzymywali kandydatki na studentki, żeby się zarejestrowały i odpowiedziały na kilka pytań przygotowanych przez nich. Nie tylko o dane personalne, lecz także o to, czy dziewczyna jest dziewicą, jakie ma znaki szczególne i postawę moralną. Zabawa skończyła się po godzinie, kiedy o wszystkim dowiedział się dziekan.

Śmierć w wannie

Inna historia, z Komarem w tle, jest bardziej dramatyczna. Na początku 1974 roku na ulicach Warszawy plotkowano o tajemniczej śmierci młodej dziewczyny i stołecznego playboya "Słonia", których zwłoki znaleziono w wannie w jednym z mieszkań na Żoliborzu. Ze sprawą łączono Komara i syna premiera, kierowcę rajdowego Andrzeja Jaroszewicza. Obaj mieli być wtedy z nimi.

Tadeusz Olszański: Jest kilka wersji, ale żadna nie została udowodniona. Jedno jest pewne: dziewczyna zmarła wskutek połączenia narkotyków i alkoholu.

Inni przekonują, że oboje zaczadzili się z nieszczelnego piecyka gazowego w łazience. Taką też wersję przedstawił Komar na łamach "Expressu": "Słoń zdobył na bazarze gazowy piecyk, starego junkersa, mającego mosiężną obudowę, szpanerską, a łazienka w jego codziennym życiu odgrywała niepoślednią rolę. Owego junkersa sam zresztą w łazience zamontował (…). Jest godzina 19.30. Oglądamy dziennik, w którym szczególnym naszym zainteresowaniem cieszy się ówczesny premier, Piotr Jaroszewicz. Słoń widząc nasze zainteresowanie programem publicystycznym, nie chciał nas od niego odrywać i powracającą z zakupami panienkę zaprosił nie do salonu, tylko do łazienki. Chciał wykorzystać i tak już stracony czas najlepiej, jak to gruźlik potrafi.

Po jakimś czasie koleżanka Lelio Lattariego (włoski kierowca rajdowy, który był w mieszkaniu) chciała poprawić sobie makijaż. Jej krzyk zaalarmował wszystkich! W przelewającej się wannie pływały zwłoki młodej dziewczyny i Słonia. Wrzask, pisk, telefon do pogotowia i na milicję.

Wszelkie próby reanimacji – na nic".

Po śledztwie oczyszczono Komara z podejrzeń. Zaprzeczał, że w mieszkaniu był Andrzej Jaroszewicz. Wątpliwości co do przyczyny śmierci pary kochanków pozostały, bo jak zauważa Olszański, skoro z piecyka ulatniał się gaz, a inni w sąsiednim pokoju palili papierosy, dlaczego nie doszło do wybuchu.

Kontuzja paszportowa

Słabość Komara do kobiet była jedną z przyczyn rozpadu związku z Małgorzatą Spychalską. Córka marszałka wyjaśniała dyplomatycznie: – Nasze czteroletnie małżeństwo można podzielić na dwa różne okresy. Władek przez dwa lata przygotowywał się do olimpiady, a później przez dwa lata świętował zdobycie złotego medalu. Widywaliśmy się rzadko. Uznałam, że to nie ma sensu i wystąpiłam o rozwód.

Tadeusz Drozda: Udawał przed nią wiernego małżonka. Spychalski nawet nie musiał za nim wysyłać ludzi, cała Polska mówiła o podbojach Władka. Takich rzeczy nie dało się ukryć, szczególnie w tak wąskim towarzystwie, gdzie wszystko kręciło się wokół SPATiF-u.

Stowarzyszenie Polskich Artystów Teatralnych i Filmowych w Warszawie miało lokal przy Alejach Ujazdowskich. Nie trafiali tam przypadkowi ludzie, elitarności miejsca strzegł portier. Wewnątrz stykały się osobowości ze świata pisarzy, aktorów, reżyserów czy sportowców.

Rozwód ze Spychalską w 1974 roku pociągnął za sobą szereg nieszczęść. Stracił mieszkanie, na kilka miesięcy zatrzymał się u znajomego geja na ulicy Hożej. Nie przeszkadzało mu to zapraszać tam poznanych kobiet.

Tadeusz Drozda: Spychalski był niezadowolony, że córka się rozwodzi. W wyniku tych zawirowań Władek doznał najgorszej kontuzji, jaka wtedy mogła dotknąć sportowca – paszportowej. Zabrano mu paszport, nie mógł wyjeżdżać na zawody. Powodem podobno był fakt, że jako zbliżony do najwyższych władz znał tajemnice państwowe. I jakby wyjechał, to mógł zdradzić. Głupie gadanie, bo przecież równie dobrze mógłby to zrobić w Polsce. Wielokrotnie pytałem Władka, czasem po większym spożyciu, jakie zna tajemnice. Nie potrafił sobie przypomnieć. W końcu wymienił tajny numer telefonu, na który mogli dzwonić dygnitarze w nadzwyczajnych okolicznościach. "Ty idioto, tyle lat się znamy i nic nie powiedziałeś" – ochrzaniłem go. Mieliśmy w planach, żeby przywieźli nam cztery butelki whisky i wędzonego węgorza. Wykręciliśmy numer. Już nie działał.

Pobicie milicjanta

W wywiadach Komar nie obwiniał Spychalskiego. Uważał, że kiedy odszedł z rodziny wojskowego, to milicjanci dobrali się do niego, bo wreszcie stracił ochronę protektora. Wprawdzie był zawodnikiem resortowej Gwardii Warszawa, ale trudnym do ujarzmienia. Przez swój temperament o mały włos nie został zdyskwalifikowany przed igrzyskami w Monachium.

Kiedy odbierał sprzęt sportowy w Gwardii, ominął kolejkę. Ubrania wydawał Zbigniew Królczyk, jego klubowy kolega i milicjant.

– Podaj mi mój dres, bo muszę dalej gonić! – poprosił niezbyt uprzejmie.

– Odpieprz się! Rozkazywać to sobie możesz teściowi, ale nie mnie – usłyszał.

Komar, któremu już wcześniej wypominano rodzinne koligacje, grzmotnął Królczyka w twarz. Szybko zdał sobie sprawę z możliwych konsekwencji. Pognał do prezesa klubu Mieczysława Glanca, żeby być w jego gabinecie przed poszkodowanym. Udało się, obaj w końcu się pogodzili. Jedynie niektórzy dziennikarze domagali się zawieszenia Komara.

Kulomiot uwielbiał wkręcać innych. Przed wyjazdem na mistrzostwa Europy do Rzymu prezes PZLA Piotr Nurowski dopytywał go, czy nie zostanie za granicą. Gdyby uciekł, w kraju podniósłby się rwetes, a Nurowski mógłby przypłacić to stanowiskiem. – Obiecuję, wrócę – zapewniał Komar.

We Włoszech miał wielu przyjaciół. Dostał od nich cocker-spaniela Fuoco, którego postanowił zabrać do Warszawy. Przed wylotem umówił się z szefem oddziału LOT-u w Rzymie, że na lotnisku przeprowadzi go specjalnym przejściem, by nie kupować biletu dla zwierzaka.

Polska ekipa zebrała się w hali odlotów. Kiedy spikerka wyczytała: "Passengers to fly to New York...", Komar podszedł do Nurowskiego, żeby się pożegnać: – Dziękuję ci za wszystko, zwłaszcza za zaufanie.

I odszedł. Nurowski zbladł, ale nie zdążył go zatrzymać. Komar poszedł z psem do specjalnego wyjścia. W samolocie lecącym do Warszawy był pierwszy, reszta ekipy dołączyła później. Twarz Nurowskiego, wciąż śnieżnobiała, szybko zmieniła kolor, kiedy zobaczył Komara rozwalonego w fotelu.

– Ty sk... Osierociłbyś rodzinę, bo byłem bliski zawału. Jak możesz? – pytał wściekły.

– Ja mogę. Poproszę butelkę whisky – zwrócił się do stewardesy Komar.

Błyskotliwy pirat

Paszport odzyskał po trzech latach. Ominęły go igrzyska w Montrealu.

Tadeusz Drozda: Przeżywał, że nie ma go w sporcie. W czasie, kiedy w Kanadzie trwał konkurs pchnięcia kulą, byliśmy w Sopocie. Władek załatwił wejście na stadion, pomogły stare znajomości. Była północ, urządziliśmy piknik ze znajomymi. Piliśmy piwko i dopingowaliśmy Władka, który pchał kulą. Ręki sobie nie dam odciąć, ale z tego, co pamiętam, rzucił na odległość, która w Montrealu dawałaby mu trzecie miejsce.

To Drozda był tym, który wyciągnął rękę do zagubionego Komara. Zaproponował występy w kabarecie. Następnego dnia byli już w drodze do Chorzowa. Znali się od kilku lat, ale artysta przypomina sobie, że nigdy nie widział go tak stremowanego. Przed wejściem na scenę wypił dwie setki. Pomogło. Trema odpuściła.

Tadeusz Drozda: Być może nawet trochę przesadził i złapał za wielki luz. Improwizowaliśmy, robiłem z nim wywiad na tematy sportowe. Chwyciło, publiczności się podobało.

Komar odkrył nowe życie, to go nakręcało i mobilizowało. Wkrótce musiał się zmierzyć z kolejnym wyzwaniem. Dostał główną rolą w przedstawieniu Krzysztofa Jasińskiego "Król Ubu" w Teatrze STU. Reżyser ściągnął go do Krakowa i uczył fachu aktorskiego. Przygotowania do premiery trwały rok.

Mikołaj Komar: Musiał nauczyć się na pamięć prawie stu stron maszynopisu, ale udźwignął to. Cenzura zaraz zamknęła przedstawienie, bo dopatrzyła się podtekstów politycznych. Ale tata się sprawdził, dostał glejt na zawodowego aktora.

Bohdan Łazuka: Był prawdziwy. Lepszy od tych, którzy pokończyli studia w tym zawodzie, bo w ich ruchach dominowała sztuczność.

Kolejna propozycja miała dopiero go zaskoczyć: – Dzień dobry, chcielibyśmy zaprosić pana na zdjęcia próbne filmu "Piraci" do Paryża. Roman Polański chce pana sprawdzić – usłyszał w słuchawce.

– Dziękuję, ale czekam na telefon od Spielberga – urwał temat Komar, przekonany, że to Drozda robi sobie żarty. Dopiero po trzeciej rozmowie uwierzył, że sprawa jest poważna. Nazwisko Komara podrzucił Polańskiemu inny reżyser, Andrzej Kostenko. Do obsady „Piratów” brakowało mu osiłka, który miał być postacią groteskową, ale emanującą siłą. Kostenko zauważył potężnego sportowca w kabarecie u Drozdy.

Mikołaj Komar: Tata nie dawał sobie wielkich szans na angaż. Do walizki spakował dżinsy, trzy pary skarpetek i koszulkę. Do Paryża jechał z przekonaniem, że potrwa to trzy dni. Dostanie dolę za zdjęcia, zrobi zakupy dla mamy i wróci.

Jeżeli Polański miał wątpliwości co do Komara, to pozbył się ich po pierwszym spotkaniu.

– Niech pan sobie wyobrazi, że nad pana głową wisi szubienica. Proszę zagrać tak, żeby oddalić od siebie widmo śmierci – kazał Polański.

Komar klęknął.

– Co pan robi? – zdziwił się reżyser.

– No oddalam od siebie widmo śmierci.

– Ma pan rolę!

Mikołaj Komar: Zadzwonił po tygodniu. Mieliśmy się szykować, bo za dwa–trzy miesiące ściągał nas do Tunezji na plan "Piratów".

Planowane wagary

Komar był już wtedy po raz drugi żonaty. Poznał Marię Szot, po roku urodził się Mikołaj. Wszystkim wokół powtarzał, że to jego następca.

Mikołaj Komar: Ale do sportu nigdy mnie nie przymuszał. Rodzice byli wolnymi duchami, żyli jak Bonie i Clyde. Non stop w podróży, na spotkaniach towarzyskich czy bankietach. Miałem filmowe i oryginalne dzieciństwo, choć nie było normalne. Wokół pełno sław i ja malutki, często śpiący gdzieś na kanapie w rogu. Ojciec został moim najlepszym przyjacielem. Żadnym cenzorem, moralizatorem, wychowawcą. Bardziej starszym kumplem, który stał po mojej stronie, krył przed mamą i zabierał na wagary. Mówił w domu, że wychodzi na spotkanie, sam wybiegałem do szkoły, a on czekał za rogiem w samochodzie. Jechaliśmy do naszego ulubionego kina Skarpa na "Indianę Jonesa". Na planie "Piratów" rodzice ustalili, że mama będzie mnie uczyć języka polskiego, a tata matematyki. Ale często już o siódmej rano w porcie czekali na mnie Arabowie w motorówce, namówieni przez ojca i płynęliśmy na statek, gdzie kręcono zdjęcia. Wracałem wieczorem, kiedy mamie zdążyła już przejść złość.

Początkujący aktor zatrzymał się jeszcze z rodziną na kilka miesięcy u Polańskiego w Paryżu. Któregoś dnia w domu reżysera zadzwonił dzwonek, akurat w środku był tylko Komar, który się kąpał. – Poszedłem otworzyć, a tam stał Dustin Hoffman z małżonką. Ujrzeli mnie gołego, jak Pan Bóg stworzył. Grzecznie przeprosili za pomyłkę i odeszli. Wrócili dopiero z Polańskim i wytłumaczyliśmy to nieporozumienie, po czym zjedliśmy razem śniadanie – wspominał.

Z pieniędzy zarobionych w filmie Polańskiego niewiele przywiózł do Polski. W zasadzie nic. Kupił tylko żonie samochód, resztę wydał.

Tadeusz Drozda: Pieniądze się go nie trzymały. Lubił zaszaleć, postawić. W restauracji nie było szans zapłacić za siebie. Współczułem Miśce, która narzekała, że znów wydał wszystkie pieniądze. Ale to było cudne małżeństwo.

Bohdan Łazuka: Władek miał tyle serca, ile ważył. Mimo ogromnej postury był delikatny, z wrażliwością dziecka.

Mikołaj Komar: Wszystkie medale, poza olimpijskim, który mam i chowam jak najcenniejszy skarb, rozdał. Po prostu jak ktoś chciał, to mu go dawał. Był nie tylko wysportowanym, przystojnym i charakterystycznym facetem, ale też postacią wywołującą uśmiech na twarzy. Lubił otaczać się ludźmi, oni do niego lgnęli. Jeden z pierwszych obrazów, jakie zachowałem z dzieciństwa, to jego wielka ręka, która nakrywała moją. Przykładałem ją sobie do twarzy, dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Po latach wydaje mi się, że nie tylko ja tę łapę czułem. Tą samą ręką, tym samym gestem, otaczał innych.

U zbiegu ulic Świętokrzyskiej i Emilii Plater otworzył bar, zwany Okrąglakiem. Istnieje do dziś, ale nie ma w nim śladów po poprzednim właścicielu. W lokalu Komara mieszały się charaktery – bywali aktorzy, sportowcy, przywiózł tam Romana Polańskiego, ale przychodzili też robotnicy, którzy gdzieś musieli leczyć kaca.

Zgubiony sygnet

Komara ciągnęło do sportu, myślał o trenowaniu, ale brakowało dla niego miejsca. Zaczęło być krucho z pieniędzmi.

Mikołaj Komar: Początek lat 90. był fatalny. Tata w ogóle nie mógł się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Poleciał do USA, próbował różnych biznesów, ale mu nie wychodziło. Gdyby nie przyjaciele i rodzina, byłoby jeszcze gorzej. Na szczęście zaczęło się poprawiać.

W połowie sierpnia 1998 roku pojechał na bieg o Bursztynowy Puchar Miasta organizowany ku pamięci Eugeniusza Pietrasika w Międzyzdrojach. W przeddzień powrotu zgubił na plaży sygnet z herbem rodu Komarów. Zmartwił się, chciał go szukać, ale na wyjazd nalegał jego przyjaciel, także mistrz olimpijski Tadeusz Ślusarski. Do Warszawy wracali we trzech: prowadził Ślusarski, obok siedział Krzysztof Świostek. Komar drzemał z tyłu. Pod Ostromicami zderzyli się z autem prowadzonym przez innego sportowca, Jarosława Marca. Zginęli obaj kierowcy i Komar. Kiedyś w ankiecie, zapytany o największe marzenie, odpowiedział, że chciałby dożyć setnych urodzin. Zabrakło mu 42 lata.

Ostatnia scena filmu dokumentalnego nakręconego dwa lata przed jego śmiercią. Komar wyznaje: "Urodziłem się, żeby żyć kolorowo. Los nie szczędził mi razów, ale z kolei żyć łatwo, to żyć dosyć nudno". I nudno nie żył, ciągle w feerii barw.

Łukasz Olkowicz

Tekst pochodzi z tygodnika "Tempo", magazynu "Przeglądu Sportowego"
Udostępnij

 

Stats

użytkowników
Stats
  • Wiadomości w sumie: 11975
  • Wątków w sumie: 714
  • Online Today: 55
  • Online Ever: 525
  • (Grudzień 07, 2019, 12:41:06 am)
Użytkownicy online
Users: 5
Guests: 26
Total: 31