* *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.Czy dotarł do Ciebie email aktywacyjny?
Lipca 05, 2020, 03:02:02 am

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji

Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Wiadomości - sportacademy

Strony: 1 ... 26 27 [28]
406
Tydzień po powrocie z mistrzostw świata do Europy (18 października 1995 r.) postanawia jeszcze wziąć udział w najstarszym tradycją spośród wszystkich wyścigów kolarskich (1. edycja w 1876 r.!), górzystym klasyku Mediolan - Turyn. O mało nie traci życia, zderzając się czołowo na zjeździe w końcówce wyścigu z jeepem, który omijając zakazy, nagle pojawia się na szosie. Nieprzytomny Marco Pantani ląduje w szpitalu w Turynie, ze skomplikowanym złamaniem lewej nogi i obrażeniami narządów wewnętrznych.
Przeżył, ale według pierwszych prognoz już nigdy nie wsiądzie na rower w profesjonalnym wyścigu.
W szpitalu zaraz po wypadku przeprowadzono mu szczegółowe badania lekarskie. Stwierdzono m. in. zastanawiające wahania poziomu hematokrytu we krwi, w okresach maksimum przekraczającego aż 60%. Lekarz Mercatone Uno tłumaczył później ten stan kombinacją dwóch czynników: długim lotem powrotnym przy rozrzedzonym powietrzu z Kolumbii oraz szokiem pourazowym związanym z koszmarnym wypadkiem. Badanie to nie miało znaczenia dla władz Międzynarodowej Unii Kolarskiej, wszak podczas wyścigów nie badano jeszcze wówczas poziomu hematokrytu, testy te wprowadzono dopiero od 1997 r. - ograniczając jego dopuszczalny poziom do 50%.

Rehabilitacja po wypadku trwa bardzo długo. Marco Pantani początkowo nie może nawet chodzić, gdyż cierpi na zwapnienie kości podziurawionych przez gwoździe, mające zapobiec deformacji nogi.
Po 7 miesiącach od wypadku ledwie jest w stanie naciskać na . Ale rokowania są już pomyślne, Pantani wróci do zawodowego ścigania - pytanie tylko, czy będzie w stanie się w nim jeszcze odnaleźć.
Pierwsze próby podejmuje już w lipcu 1996 r., po niespełna 9 miesiącach od kraksy, w wyścigu amatorów w rodzinnej miejscowości Cesenatico - ku wielkiej uciesze miejscowych fanów. Tydzień później startuje w wyścigu Misano-Adriatico. Obie imprezy kończy, i wcale nie odstaje od konkurentów.
Pantani wręcz pali się do startów. Dlatego 3 sierpnia, a więc prawie dokładnie po czterech latach od pierwszego startu po podpisaniu kontraktu z Carrerą, ponownie debiutuje w wyścigu zawodowców, na razie 3. kategorii - kryterium d Abruzzo. I udaje mu się także tę imprezę ukończyć, na miejscu 60. Decyduje się wobec tego spróbować swoich sił w poważniejszych próbach. W dniach 19-23 sierpnia jedzie w etapówce Vuelta a Burgos, i zaskakuje wszystkich obserwatorów, wypadając dobrze na najtrudniejszym etapie z ciężkim finałowym podjazdem Laguna de Neila (40. miejsce). Zaraz potem wycofuje się jednak z tego wyścigu, by kilka dni później, 24 sierpnia, bardzo dobrze pojechać w również hiszpańskiej Grand Prix Llodio - gdzie zajmuje 15. miejsce. Krótki w jego wydaniu sezon kończy startem w... Tour de Pologne, rozgrywanym w dniach 8-15 września, gdzie musi wycofać się już po dwóch płaskich etapach. Złamana przed niespełna rokiem noga w dalszym ciągu boli i nie ma sensu jej przeciążać.

Całkiem zdrowy (ale fizycznie jakby inny, łysina staje się tak okazała, że odtąd goli się na tzw. pałę), po 16 miesiącach leczenia oraz rehabilitacji Marco Pantani w 1997 r. zmienia ekipę, z prostego powodu - z końcem 1996 r. Carrera ulega rozwiązaniu. Pantani podpisuje kontrakt z drużyną Mercatone Uno i wiąże się z nią aż do 2003 r., czyli w praktyce do zakończenia kariery.

Pierwszym startem Marco Pantaniego w roku 1997 jest wyścig Trofeo Luis Puig, rozegrany 23 lutego 1997 r. Rekonwalescent zajmuje w nim 112. miejsce, ale przecież nie przyjeżdża on tu walczyć o miejsce w czołówce. Rozochocony brakiem bólu w nodze od 25 lutego do 1 marca jedzie w wyścigu etapowym Vuelta a Valenciana, i imprezy nie kończy, zajmując jedynie 27. miejsce na jednym z etapów. A już 2 marca jest 62. w Clasica del Almeria.
Zachęcony dotychczasowymi startami Marco Pantani postanawia spróbować sił w rozgrywanym w dniach 5-9 marca trochę trudniejszym wyścigu wieloetapowym Vuelta a Murcia. I zajmuje 2. pozycję! na drugim etapie, za Ignacio Garcią-Camacho. Całego wyścigu znów nie kończy, ale jak na rekonwalescenta z taką przerwą, radzi sobie w tych częstych startach bardzo dobrze.
22 marca podejmuje się jeszcze trudniejszego zadania, startując w Mediolan - San Remo. Kończy ten znany klasyk, w dodatku w zasadniczym peletonie - co na Via Roma niemal zawsze oznacza uzyskanie czasu zwycięzcy, w tym wypadku Erika Zabela.
Dalsze starty Marco Pantaniego wskazują jasno, że obawy co do jego formy wyrażane przez licznych malkontentów nie sprawdzają się. Kolarz uzyskuje najlepsze wyniki w klasyfikacjach generalnych wiosennych krótkich etapówek w całej dotychczasowej karierze! Najpierw jest to 10. pozycja w rozgrywanym 24-28 marca Tygodniu Katalońskim, tylko 51 sekund za zwycięzcą, Hiszpanem Juanem-Carlosem Dominguezem. Następnie 4. lokata w trzyetapowym Criterium International (29-30 marca, ani dnia przerwy!), 1 minutę i 14 sekund za Hiszpanem Marcelino Garcią, 24 sekundy za Laurentem Jalabertem i 20 sekund za Pascalem Lino. No i wreszcie poważny sprawdzian, 7-11 kwietnia, górski wyścig Dookoła Kraju Basków. Marco Pantani zadziwia wszystkich. Czyżby w tej przerwie się przekwalifikował? Przez pierwsze pięć górzystych etapów jest prawie niewidoczny, aczkolwiek od najlepszych nie odstaje. Tymczasem w kończącej wyścig 12,5-kilometowej jeździe indywidualnej na czas, wcale nie górskiej (no, może lekko pagórkowatej), zajmuje 2. lokatę, przegrywając o 22 sekundy tylko z Alexem Zulle, a pokonując m. in. takich tuzów w dziedzinie samotnej walki z czasem jak Christopher Boardman, Laurent Jalabert czy Abraham Olano! W klasyfikacji generalnej wyścigu zajmuje 3. lokatę i traci 44 sekundy do Alexa Zulle oraz zaledwie 12 sekund do Laurenta Jalaberta - a pokonuje o 17 sekund 4. Marcelino Garcię - z którym niedawno przegrał zdecydowanie w Criterium International. Wyniki wyścigu sugerują bardzo dobre przygotowanie do sezonu i położenie większego nacisku na jazdę indywidualną na czas, stanowiącą w poprzednich latach źródło jego klęsk w pierwszych fazach Tour de France.
Znakomite przygotowanie do sezonu Marco Pantani potwierdza w wiosennych klasykach. 16 kwietnia jest 5.! w Walońskiej Strzale, 50 sekund za zwycięskim Laurentem Jalabertem. Cztery dni później jest 8. w Liege-Bastogne-Liege, tylko 27 sekund za wygrywającym ten wspaniały klasyk rodakiem Michele Bartolim.
Od 28 kwietnia do 1 maja startuje w Giro del Trentino, ale tym razem nie spisuje się najlepiej. Kończy imprezę na miejscu 36., tracąc aż 10 minut i 56 sekund do Luca Leblanca, jednak na najcięższym etapie kończącym się na przełęczy Passo di San Pellegrino zajmuje 6. lokatę, przyjeżdżając 54 sekundy za duetem Luc Leblanc - Paweł Tonkow.

Giro d Italia rozgrywane jest w 1997 r. w dniach 17 maja - 8 czerwca. Marco Pantani, który od czasu popisów w 1994 r. nie startował w tej imprezie, zostaje desygnowany na lidera ekipy, a w roli pomocników występują m.in. świetni górale młody Stefano Garzelli i doświadczony Roberto Conti.
Trzeci etap wyścigu stanowi górska czasówka na dystansie 18 kilometrów do San Marino. Na lotnym punkcie pomiaru czasu na ósmym kilometrze Pantani zajmuje 9. miejsce, będąc 24 sekundy wolniejszy od Juana-Carlosa Domingueza z Kelme. Kiedy jednak trasa zaczyna się bardziej wić pod górę, niespodziewanie zaczyna tracić więcej. Na mecie ma 11. czas dnia, tracąc 1 minutę i 23 sekundy do zwycięzcy etapu Pawła Tonkowa, a dokładnie 1 minutę do 2. Jewgienija Bierzina. Mimo wszystko jest dobrze, w klasyfikacji łącznej Pantani zajmuje 12. miejsce, a prowadzi Tonkow, zachowując nad Piratem dokładnie taką przewagę, jaką osiągnął na etapie trzecim.
Na etapie piątym, kończącym się znanym choćby z 2003 r. 16-kilometrowym podjazdem Terminillo, Marco pokazuje się z jeszcze lepszej strony. Już po czterech kilometrach finałowego podjazdu na czele jedzie zaledwie 7-osobowa czołówka, bez Jewgienija Bierzina i innych znakomitych górali Enrico Zainy i Piotra Ugriumowa - jest za to Pantani. Ponieważ podjazd nie jest bardzo stromy, do mety dojeżdża na czele piątka kolarzy, z Pantanim oraz dwaj wielcy tego wyścigu - Ivan Gotti i Paweł Tonkow. Pantani zajmuje na tym etapie ostatecznie 3. miejsce. Olbrzymie straty ponosi na finałowym podjeździe dotychczasowy wicelider i zwycięzca Giro z 1994 r., Jewgienij Bierzin, który zajmuje 47. miejsce ze stratą 5 minut i 23 sekund zarówno do Pantaniego, jak i zwycięzcy etapu Tonkowa. W klasyfikacji generalnej Tonkow wyprzedza o 41 sekund Luca Leblanca, o 1 minutę i 7 sekund duet Saeco Ivan Gotti i Roberto Petito oraz o 1 minutę i 31 sekund Pantaniego, który lokuje się już na piątej pozycji.
Sytuacja ta utrzymuje się do ósmego etapu. Na tymże pagórkowatym odcinku Pantani, mając przed prawdziwymi górami komfortową sytuację, przeżywa dramat. Bierze udział w sporej kraksie na zjeździe z niepozornej góry Chiunzi 30 kilometrów przed metą - nota bene sprokurowanej, jak wieść niesie, przez czarnego kota. Zbiera się bardzo długo i przyjeżdża do mety ponad 12 minut za grupą lidera (która z kolei traci kilkanaście minut do ucieczki harcowników) i obecnie zajmuje bardzo odległą pozycję, ze stratą 13 minut i 43 sekund do Pawła Tonkowa. Bardzo obolały ma ochotę jeszcze jechać dalej, ale dobrego wyniku już nie ma szans osiągnąć, i po konsultacji z lekarzami nie przystępuje do kolejnego etapu.
Wielka szkoda, ciekawe jak po trzech latach przyjęłoby go Mortirolo (w latach 1995 i 1996, kiedy nie startował, tej legendarnej góry nie było w programie wyścigu). A młody Stefano Garzelli - lider z ekipy z przypadku - radzi sobie dalej bardzo dzielnie i wywalcza 9. pozycję, 18 minut i 8 sekund za Ivanem Gottim (który w Dolomitach zmógł jednak Tonkowa w walce gigantów i ostatecznie osiągnął nad nim 1 minutę i 27 sekund przewagi). A Pantani zyskuje czas na lepsze przygotowanie się do Tour de France.

9 czerwca Pantani startuje w kryterium Bologna-Fiera i zajmuje w nim 2. pozycję. Następnie w ramach tych przygotowań jedzie na Tour de Suisse, ale nie należy do wyróżniających się zawodników i wycofuje się na jednym z etapów rozgrywanej w dniach 17-26 czerwca imprezy. Wreszcie 29 czerwca bierze udział w mistrzostwach swojego kraju i osiąga najlepszy wynik w tych zawodach w dotychczasowej karierze - 10 miejsce.

5-27 lipca Pantani jedzie jako lider Mercatone Uno w Tour de France. Na 7300-metrowym prologu zajmuje 109. lokatę, 39 sekund za Christopherem Boardmanem. 2. miejsce ze stratą 2 sekund zajmuje Jan Ullrich, w niemal zgodnej opinii fachowców faworyt imprezy, który nie startuje jako lider ekipy tylko z racji startu w tym samym zespole obrońcy tytułu Bjarne Riisa. Sam Duńczyk kończy ten króciutki etap na 13. miejscu, 15 sekund za Boardmanem, natomiast inny góral Richard Virenque jedzie jeszcze wolniej niż Pantani i zajmując 134. lokatę traci do Brytyjczyka 44 sekundy.
Od tego momentu kolarze swoją niebezpieczną jazdą robią wszystko, aby ta edycja Tour de France zasłużyła na miano najbardziej pechowej w niemal już stuletniej historii. Wyścig w pierwszym tygodniu przebiega pod znakiem kraks na ostatnich kilometrach, we wszystkich niestety bierze udział i Pantani.
Na pierwszym etapie 10 kilometrów przed metą kraksę powoduje przez swój upadek Francuz Gilles Talmant. Peleton dzieli się na cztery zasadnicze części, w pierwszej lokują się Jan Ullrich i Richard Virenque, zaś Pantani oraz Bjarne Riis tylko w drugiej - która osiąga metę 58 sekund później. Po prologu i jednym etapie Pantani awansuje na 93. pozycję i traci 1 minutę i 47 sekund do lidera Mario Cipolliniego oraz 1 minutę i 35 sekund do 3. Jana Ullricha.
Kolejna potężna kraksa na ostatnich 10 kilometrach ma miejsce w trakcie trzeciego etapu wyścigu. W zdarzeniu bierze udział m. in. Dariusz Baranowski oraz 36-letni Tony Rominger - który przyjechał do Francji z zamiarem skutecznej wreszcie walki o zwycięstwo w jedynym wielkim tourze, którego jeszcze w karierze nie wygrał. Niestety, Szwajcar w kraksie łamie nogę, zostaje odwieziony do szpitala i tak kończy się jego marzenie dołączenia do bardzo ekskluzywnego grona zwycięzców wszystkich trzech wielkich tourów. W wyniku tej zawieruchy w czołowej grupie na finiszu walczy tylko 20 kolarzy. Na metę kolarze przyjeżdżają w małych grupkach ale trzej wielcy: Riis, Ullrich i Virenque jakimś cudem, a raczej przy pomocy zmysłu taktycznego, przyjeżdżają w tej właśnie czołowej dwudziestce kolarzy. Zmysłu tego brakuje, nie pierwszy raz w karierze, Marco Pantaniemu, który przyjeżdża dopiero w ósmej grupeczce ze stratą 1 minuty i 25 sekund do zwycięzcy etapu. A po trzech etapach jest 67., 3 minuty i 29 sekund za Mario Cipollinim i dokładnie 3 minuty za Janem Ullrichem.
A do trzeciej kraksy dochodzi już nazajutrz, a sytuacja z niefortunnym usytuowaniem Marco w peletonie powtarza się. W kraksie nie leżą ani Ullrich, ani Riis, ani Virenque, a Pantani i owszem - w tym przypadku oznacza to stratę kolejnych 31 sekund. Po czterech etapach uzbierało się tego już 4 minuty i 8 sekund do lidera Cipolliniego oraz 3 minuty i 31 sekund do Ullricha.
Do piątego, 261-kilometrowego maratonu, nie startuje 2. w klasyfikacji generalnej przed dwoma laty, odczuwający skutki upadku (nie dziwota, że też leżał, to straszny krótkowidz) Alex Zulle. Zatem obaj wielce utytułowani Szwajcarzy znajdują się za burtą Tour de France już po kilku płaskich etapach!
Ale to jeszcze nie koniec nieszczęść, kolejną wielką kraksę, tym razem 5 kilometrów przed metą, przynosi etap siódmy. Bjarne Riis i Jan Ullrich jadą uważnie, do chłopców z Telekomu kolejne 50 sekund traci chyba już tym wszystkim mocno sfrustrowany Marco Pantani, drugim, który okazał nieuwagę, okazuje się Richard Virenque.
Etap ósmy nie przynosi rewelacji, przed górami Pantani jest 62., traci 7 minut i 17 sekund do lidera wyścigu Cedrica Vasseura, 4 minuty i 21 sekund do Jana Ullricha, 3 minuty i 18 sekund do pilnującego się po upadku na pierwszym etapie Bjarne Riisa oraz 2 minuty i 51 sekund do Richarda Virenque. Pantani nie ucierpiał fizycznie w kraksach, bo jego udział w nich sprowadzał się do zatrzymywania się i czekania, aż kolarze leżący pokotem pozbierają swój sprzęt, niemniej psychicznie na pewno stracił w tym tygodniu wiele, bez walki oddając 4 minuty do Jana Ullricha.
W święto narodowe Francji rozegrany zostaje klasyk pirenejski, przez przełęcze Soulor, Tourmalet, Aspin i Val Louron-Azet. 25 kilometrów przed metą na ostatnim podjeździe atakuje Virenque! Z wielkich najszybciej odpada Riis (który na mecie tłumaczy, że zawsze miewa problemy na pierwszym górskim etapie), później kolejni górale, w tym niestety i Pantani. Najpewniej i najmocniej z faworytów jedzie Jan Ullrich, który jako jedyny wytrzymuje do końca ten atak Virenque. Kiedy jego natężenie słabnie, do najmocniejszej dwójki dochodzą jeszcze Marco Pantani i Laurent Brochard. Po poprawce Ullricha ten ostatni odpada, i na przełęczy na czele zostaje tylko trójka wspaniałych kolarzy. Ale na długim zjeździe sytuacja się odwraca, Brochard zjeżdża najbardziej ryzykownie, dochodzi uciekającą trójkę, a następnie odrywa się od niej! I wygrywa dziewiąty etap, o 14 sekund przed trójką Pantani, Ullrich, Virenque. Bjarne Riis przyjeżdża 27 sekund za Pantanim. Klasyfikacja generalna, jak to zwykle po pierwszym górskim etapie, przewraca się do góry nogami: wciąż prowadzi co prawda Cedric Vasseur, jednak wicelider Jan Ullrich traci do Francuza już tylko 13 sekund, 3. Abraham Olano 1 minutę i 24 sekundy, 4. Bjarne Riis i 5. Richard Virenque po 1 minucie i 43 sekundy. Także Marco Pantani notuje znaczący awans, jest teraz 15. i traci 4 minuty i 34 sekundy do lidera.
Dziesiąty etap wydaje się jeszcze cięższy, to 252,5 kilometra po wysokich górach!, kolejno Portet d Aspet, Port, Port d Envalira (najwyższy punkt całego wyścigu, 2407 m n.p.m.), Ordino i finisz Arcalis (2240 m n.p.m. - bardzo rzadko tak wysoko kończą się wyścigi kolarskie). Już w początkowej fazie finałowego podjazdu następuje śmiały atak Jana Ullricha, na który nikt nie jest w stanie skutecznie odpowiedzieć. Marco Pantani i Richard Virenque jadą cały czas razem i zgodnie współpracują. Etap ten solidnie wymęcza peleton. Różnice na mecie są olbrzymie, grupetto złożone aż z 90 zawodników traci ponad 43 minuty do Niemca. Z konkurentów nowego lidera wyścigu przyzwoicie wygląda strata właściwie tylko Virenque i Pantaniego - 1 minuta i 8 sekund, do przyjęcia jest jeszcze wynik Francesco Casagrande - 2 minuty i 1 sekunda straty, pozostali jednak tracą już co najmniej 3 minuty do zwycięzcy, jak formalny kapitan Telekomu Bjarne Riis, 3 minuty i 23 sekundy - tym samym sprawa lidera Telekomu zostaje definitywnie rozstrzygnięta.
Po tym etapie Lance Armstrong w wywiadzie prasowym stwierdza, że przed Niemcem jeszcze wiele wygranych tourów, a w jego wieku (23 lata) pierwszy Tour de France wygrali tacy multi-zwycięzcy jak Anquetil, Hinault i Fignon. Nie może wtedy jeszcze wiedzieć, że sam stanie się najważniejszą przeszkodą ku zrealizowaniu tych planów... W klasyfikacji po dziesięciu etapach Jan Ullrich po raz pierwszy w karierze zakłada żółtą koszulkę lidera Tour de France. Marco Pantani wychodzi już na 5. pozycję, 5 minut i 29 sekund za Ullrichem, 2 minuty i 31 sekund za Richardem Virenque, zaledwie 43 sekundy za Abrahamem Olano oraz 36 sekund za Bjarne Riisem. Mimo bardzo pechowego początku, podium wydaje się już w zasięgu ręki.
Jedenasty etap też górski, ale w początkowej tylko fazie (ponownie Port d Envalira, oraz już dużo niżej Le Chioula), na finiszu walkę o zwycięstwo rozgrywa między sobą aż 140-osobowy peleton.
Dwunasty etap stanowi 55,5-kilometrową jazdę indywidualną na czas z podjazdem La Croix de Chaubouret - trudnym jak na tego typu etap, jednak usytuowanym w środku etapu, dlatego nie kwalifikuję tego odcinka jako tzw. górskiej czasówki. Na premii górskiej na 26. kilometrze prowadzi zdecydowanie Jan Ullrich, 2. jest Pantani, tracący aż 1 minutę i 44 sekundy, 3. Richard Virenque traci w tym momencie do Pantaniego 32 sekundy, 4. Bjarne Riis 38 sekund, 5. Abraham Olano 41 sekund. Po zjeździe i fragmencie płaskiego, na mecie kolejność trochę się zmienia, jednak różnice jeszcze się powiększają na korzyść Niemca, który gromi konkurentów niemal w stylu Miguela Induraina z 1994 r. Za nim lokują się wszyscy górale - pozostali faworyci wyścigu. Marco Pantani w drugiej części etapu traci najwięcej i zajmuje ostatecznie 5. lokatę, jadąc o 3 minuty i 42 sekundy dłużej od Jana Ullricha, 38 sekund od 2. Richarda Virenque, 34 sekundy od 3. Bjarne Riisa, 28 sekund od 4. Abrahama Olano, a zyskuje m. in. 14 sekund do 6. Francesco Casagrande czy 1 minutę i 8 sekund do 8. Zenona Jaskuły. W klasyfikacji po dwunastu etapach Pantani jest w dalszym ciągu piąty, ale podium trochę się oddala: do Ullricha traci już 9 minut i 11 sekund, do Virenque 3 minuty i 29 sekund, do Olano 1 minutę i 11 sekund oraz do Riisa 1 minutę i 10 sekund. Richard Virenque buńczucznie zapowiada walkę w Alpach o zwycięstwo, jednak mało kto w te słowa wierzy. Później niespodziewanie okaże się jednak, że nie były to tylko czcze przechwałki.

407
Po dziewięciu etapach prowadzi Miguel Indurain, Alex Zulle urasta do rangi największego rywala Baska, awansując aż na 2. miejsce, 2 minuty i 27 sekund straty, 3. jest Bjarne Riis, ale aż 5 minut i 58 sekund za Indurainem, 4. Tony Rominger jest o 6 minut i 35 sekund wolniejszy, zaś 5. Ivan Gotti o kolejne 19 sekund. Mimo pewnego zawodu na tym etapie, Marco Pantani z bardzo odległej pozycji awansuje na miejsce 11., ale półtorej minuty przed nim jest wciąż jego rywal do pierwszeństwa w Carrerze, Claudio Chiappucci. I jak tu Pantani ma walczyć z Indurainem na trasach Tour de France, skoro rok wcześniej po pierwszych górach tracił do niego 15 minut i 19 sekund, a teraz znowu jeden etap górski został zmitrężony, a strata jest już niemal taka sama, bo wynosi 14 minut i 2 sekundy?
Mimo wszystko Pantani nie traci werwy i odradza się nazajutrz, na najcięższym alpejskim etapie z Madeleine, Croix de Fer i finiszem w l Alpe d Huez. Na początku finałowego podjazdu, mimo mocnego tempa aż trzech kolarzy Banesto (gdzie im jednak do tempa Manuela Beltrana i Jose-Luisa Rubiery z 2003 r.), nagle następuje (nie?)spodziewany atak Marco Pantaniego. Początkowo próbuje mu dotrzymać kroku Laurent Madouas, ale szybko się poddaje. Za Pantanim tworzy się od razu niezbyt liczna grupa pościgowa skupiona wokół Miguela Induraina, który znów zostaje bez pomocników (na chwilę wraca Vicente Aparicio, ale zaraz przepada, tym razem definitywnie). Tymczasem w połowie podjazdu Pantani ma już 1 minutę i 30 sekund zysku nad Indurainem. Próbuje atakować również odrodzony Bjarne Riis, za nim rusza aktywny tego dnia Laurent Madouas. Tego już jednak jest za wiele dla króla Navarry. 5 km przed metą Miguel Indurain bierze się ostro do roboty i kasuje uciekających, zostaje tylko Marco Pantani, który zachowuje półtorej minuty przewagi. Hiszpana jak rzep trzyma się tylko Alex Zulle. Wjeżdżając na ostatni kilometr pewny zwycięzca etapu wygląda znakomicie, ale nagle, uwaga, myli drogę! Porządkowi natychmiast zawracają go, ale Pantani traci na tym manewrze pewnie z kilkanaście sekund. Ale oto już meta. Marco Pantani wygrywa pierwszy w swojej karierze etap w Tour de France. Jednak różnice czasowe na tym odcinku, wbrew oczekiwaniom, nie są tak duże jak dzień wcześniej - pewnie dlatego, że tym razem wszystko rozgrywa się dopiero na finałowym podjeździe. Za Pantanim przyjeżdża trójka Indurain, Zulle i Riis ze stratą 1 minuty i 25 sekund, a pół minuty dalej zmęczony Laurent Madouas. Claudio Chiappucci traci przywództwo w Carrerze, notując czas gorszy o 3 minuty i 2 sekundy (a przed etapem miał 1,5 minuty przewagi nad Pantanim). Po dziesięciu etapach 7. Pantani traci: do Induraina aż 12 minut i 38 sekund, do 2. Zulle 10 minut i 11 sekund, do 3. Riisa 6 minut i 38 sekund, do 4. Romingera 4 minuty i 19 sekund, do 5. Gottiego 4 minuty i 18 sekund, a do 6. Jalaberta 3 minuty i 22 sekundy.
Trzy etapy przechodnie między wysokimi górami (w Masywie Centralnym) nic nie miały zmienić. I tak by się zapewne stało, gdyby nie śmiała akcja na środkowym, najbardziej z nich pofałdowanym odcinku do Mende, grupki początkowo sześciu a później pięciu kolarzy, w składzie której znaleźli się m. in. dwaj czołowi kolarze z klasyfikacji generalnej - 6. Jalabert i 8. Melchior Mauri. Alarm w peletonie ogłoszono dopiero, gdy przewaga uciekinierów osiągnęła 10 minut i 40 sekund, a Jalabert został wirtualnym liderem, zaś Mauri wiceliderem Tour de France! Przed stromym, ale krótkim podjazdem zaczynającym się 8 km przed metą, ucieczka zachowuje jeszcze ponad 7 minut przewagi. Na tym podjeździe będący w wysokiej formie Laurent Jalabert zdecydowanie ogrywa konkurentów. Tymczasem w peletonie na początku wzniesienia straszne tempo narzuca Marco Pantani. Grupa czołowa szybko się rwie. Początkowo koła Pantaniemu próbuje dotrzymać Richard Virenque, jednak nie daje rady. Włoch jedzie sam. Za nim trójka Indurain, Riis, Zulle. Sytuacja zbliżona do l Alpe d Huez, z tym, że tempa pościgowi nie nadaje tym razem lider, ale Szwajcar. I płaci za to - kiedy przed szczytem przyspiesza Indurain, Zulle odpada. Ale podjazd jest bardzo krótki i przewaga Pantaniego pozostaje niewielka, nie przekracza 50 metrów (na bardzo jednak stromym). Na premii górskiej 5 kilometrów przed metą Jalabert ma 6 minut i 30 sekund przewagi nad Pantanim, ten zaś tylko 30 metrów nad Indurainem i Riisem. Jasnym jest, że na zjeździe Marco nie utrzyma tak nikłej przewagi. I na zjeździe Pantani rzeczywiście zostaje doścignięty przez duet hiszpańsko-duński. Mniej więcej w tym samym czasie Laurent Jalabert w narodowe święto Francji mija linię mety na 1. miejscu. Za nim pojedynczo i dwójkami przyjeżdżają pozostali uczestnicy ucieczki, a 5 minut i 41 sekund później super-tercet Pantani, Riis, Indurain. Alex Zulle traci kolejne 17 sekund, niewiele, ale to prestiżowa porażka - bo odniesiona w bezpośredniej walce.
Po minięciu Masywu Centralnego Laurent Jalabert awansuje aż na 3. miejsce ze stratą tylko 3 minut i 35 sekund do Miguela Induraina, i odżywają od lat nie zaspokojone nadzieje Francuzów. A Pantani, tracąc jedną pozycję na rzecz Melchora Mauriego, jest dopiero 8., wciąż ze stratą ponad 12,5 minuty do lidera.
Ale oto zaczynają się etapy pirenejskie. Na pierwszym z nich, z czterema dość ciężkimi podjazdami na ostatnich 50 kilometrach: kilkunastokilometrowym Port de Lers, następnie Agnes, Latrape i finałowym też kilkunastokilometrowym Guzet-Neige, Marco Pantani kontynuuje odrabianie strat. Na Port de Lers deszcz leje jak z cebra. Wykorzystuje tę okoliczność nie kto inny tylko właśnie Marco, atakując już na 42 kilometry przed metą. U podnóża Guzet-Neige ma około 1 minuty przewagi nad grupą lidera. W połowie finałowego podjazdu już ok. 2 minut. Deszcz przestaje padać, teraz szosę spowija gęsta mgła. Z grupy czołowej atakuje Laurent Madouas i wyrabia sobie ok. 20 sekund przewagi nad liderem wyścigu. Pantani tymczasem wciąż jedzie kapitalnie, w końcówce wcale nie zwalnia. Madouas tradycyjnie słabnie, a może to raczej Indurain w końcówce przyspiesza, i niemal dościga go na ostatnich metrach - ale jednak Francuz utrzymuje 2. pozycję. Marco Pantani wygrywa swój drugi etap, dopiero 2 minuty i 35 sekund po nim na metę wpada piątka kolarzy - Laurent Madouas, Miguel Indurain, Alex Zulle, Ivan Gotti i Bjarne Riis. Laurent Jalabert traci 50 sekund do tej piątki kolarzy. Po tak efektownej wiktorii Marco Pantani mówi, że... dzisiaj bardzo bolało go kontuzjowane w maju kolano, ale na dwóch kolejnych etapach powalczy jeszcze o podium. W tym też dniu deklaruje, że wobec perspektywy walki w tegorocznych mistrzostwach świata na przełęczach andyjskich, wybierze się we wrześniu na wyścig Vuelta a Espana. Z kolei Indurain stwierdza asekuracyjnie, że pilnował nie Pantaniego, który jest daleko w klasyfikacji generalnej, ale Laurenta Jalaberta, którego uważa za bardzo groźnego przeciwnika. Chyba jednak w głębi duszy cieszy się, że przed górami znowu zdołał wyrobić sobie tak potężną przewagę nad szalonym Włochem.
Po czternastu etapach w klasyfikacji generalnej z czołówki wypada Tony Rominger, który na ostatnim etapie już 110 kilometrów przed metą na skromnym podjeździe Cote de Nougarede traci 50 sekund do peletonu i wobec swojej wyraźnej niedyspozycji, nie widząc sensu kontynuowania wyścigu w ostrzejszym tempie, energicznym gestem wygania pomocnika Arsenio Gonzaleza do peletonu. A w chwili ataku Pantaniego na 42 kilometry przed metą traci do grupy czołowej już 5 minut i 38 sekund! Zajmujący obecnie 7. lokatę w klasyfikacji generalnej Marco Pantani traci: 10 minut i 7 sekund do Miguela Induraina, 7 minut i 21 sekund do Alexa Zulle, 5 minut i 39 sekund do Laurenta Jalaberta, 4 minuty i 3 sekundy do Bjarne Riisa, 1 minutę i 6 sekund do Ivana Gottiego oraz 43 sekundy do Melchora Mauriego. Włoch odrabia zatem już 4 minuty do Induraina i choć z dziesięciominutowym wciąż mankiem trudno mu być wielkim optymistą, mając w perspektywie dwa ciężkie etapy pirenejskie wydaje się, że nie traci on jeszcze szans na miejsce w pierwszej trójce, a przynajmniej w pierwszej piątce wyścigu.
Jednak następnego dnia dzieje się coś bardzo przykrego, zarówno dla Pantaniego, jak i całego kolarstwa. Na królewskim etapie z podjazdami Portet d Aspet, Mente, Peyresourde, Aspin, Tourmalet i finałowym Cauterets daje o sobie znać wymuszona przerwa w przygotowaniach w maju i to nieszczęsne bolące kolano. Marco Pantani przeżywa bardzo poważny kryzys na Col du Tourmalet. I nie ma chyba wpływu na jego jazdę wypadek rodaka Fabio Casartellego na bardzo stromym zjeździe z pierwszej z wymienionych premii górskich - bo jeszcze nie było wówczas informacji, że aktualny mistrz olimpijski ze startu wspólnego nie przeżyje uderzenia głową w betonowy słupek. W każdym razie wiadomo, czym może się skończyć kryzys na już przedostatniej górze, w dodatku tak ciężkiej - a zwłaszcza dla kolarza tak ambitnego. Pantani przyjeżdża dopiero 31., prawie 11 minut po Indurainie! A wygrywa Richard Virenque po śmiałym rajdzie, z których słynie w trakcie całej kariery (atak już na pierwszym podjeździe, stąd nie widzi zdarzenia z Casartellim). 1 minutę i 20 sekund za nim przyjeżdżają Claudio Chiappucci, Hernan Buenahora i Fernando Escartin - którzy też podejmują atak daleko przed metą. Grupę czołową przyprowadza 2,5 minuty po Virenque Bjarne Riis, któremu w samej końcówce na zaledwie 5 sekund łaskawie pozwala oddalić się Miguel Indurain, jadący razem z Alexem Zulle. W klasyfikacji generalnej miejscami zamieniają się Riis i Jalabert, poza tym zwraca uwagę głównie klęska Pantaniego, który z 7. spada aż na 13. miejsce i tracąc obecnie aż 20 minut i 54 sekundy do Baska, musi się żegnać z marzeniami o dobrej lokacie w Paryżu - zwłaszcza, że Carrera skupi się teraz na obronie miejsca w pierwszej dziesiątce Claudio Chiappucciego, do której niespodziewanie stary mistrz awansuje.
A na ostatnim etapie pirenejskim do Pau kolarze nie walczą, a wyniki na nim podlegają neutralizacji. Linię mety ławą na czele peletonu pokonują kolarze Motoroli, w hołdzie pamięci byłego kolegi klubowego Fabio Casartellego.
Jeszcze na etapie do Limoges, wygranym przez Lance Armstronga dedykującego również to zwycięstwo Fabio Casartellemu, Pantani odrabia 20 sekund do peletonu z wszystkimi najlepszymi kolarzami - ale jakie to może mieć znaczenie w jego sytuacji? Indurain pewnie się nie nawet zainteresował jego akcją na ostatnich kilometrach.
Ostatni ważny etap to jazda indywidualna na czas na dystansie 46 kilometrów, inaczej niż przed rokiem, po płaskim. Wygrywa oczywiście Miguel Indurain, ale 2. Bjarne Riis traci tylko 48 sekund. To kolejna zapowiedź zmiany warty, już za rok. Marco Pantani jedzie średnio, osiąga 34. czas, strata w normie, 5 minut i 45 sekund do Baska.
Ostatni etap do Paryża nic już oczywiście nie zmienia. W klasyfikacji końcowej Miguel Indurain wyprzedza Alexa Zulle o 4 minuty i 35 sekund, Bjarne Riisa o 6 minut i 47 sekund, Laurenta Jalaberta o 8 minut i 24 sekundy oraz Ivana Gottiego o 11 minut i 33 sekundy. Claudio Chiappucciemu nie udaje się utrzymać miejsca w dziesiątce, przegrywa 10. miejsce o... 5 sekund (18 minut i 55 sekund za Indurainem); Marco Pantani kończy o dwa miejsca niżej, ale z o wiele większą stratą niż jego starszy kolega, bo aż 26 minut i 20 sekund do zwycięzcy wyścigu. Mimo o wiele słabszego wyniku niż przed rokiem, ponownie wygrywa klasyfikację młodzieżowców.

Pantani nie wraca do Włoch, ale pozostając na północy Europy bierze z powodzeniem udział w kilku wyścigach jednodniowych. 28 lipca w kryterium Geraardsbergen zajmuje 3. lokatę, taką samą trzy dni później w innym kryterium Castillon-La Bataille. 6 sierpnia jest znów 3. w wyścigu w Normandii, a 9 sierpnia 7. w Grand Prix Camaiore (gdzie zaczynał profesjonalną karierę przed trzema laty).
12 sierpnia Pantani startuje w ciężkim i bardzo prestiżowym wyścigu jednodniowym Classica San Sebastian, gdzie zajmuje 38. miejsce, 2 minuty i 1 sekundę za zwycięzcą... Lance Armstrongiem. Sił starcza jeszcze na start dzień później w Subida a Urkiola, gdzie wieńczy dobrą serię 6. lokatą.

Ponieważ kolano już nie dokucza, a przez absencję w Giro d Italia, przed mistrzostwami świata brakuje mu startów, w ramach przygotowań do globalnego czempionatu (na którym organizatorzy wytyczyli trasę jakby dla niego), zgodnie z zapowiedziami poczynionymi jeszcze podczas Tour de France, po raz pierwszy, a zarazem przedostatni w karierze Marco Pantani startuje w organizowanym w dniach 2-24 września trzecim wielkim tourze - Vuelta a Espana.
W 7-kilometrowym prologu wypada słabiutko, ale ta konkurencja zawsze stanowiła jego piętę achillesową. Jest 117., traci 50 sekund do zwycięzcy Abrahama Olano oraz 37 sekund do Laurenta Jalaberta.
Na 2. etapie z podjazdem La Sia zajmuje 51. pozycję i traci 32 sekundy do Gianluki Pianegondy. Jego mało znany rodak zostaje także liderem wyścigu, mając 1 minutę i 9 sekund przewagi nad 70. na razie Pantanim.
Marco bardzo dobrze wypada dzień później na ciężkim górskim etapie z Alto Alisas i finałowym podjazdem Alto de Naranco. Zajmuje 13. miejsce i traci tylko 35 sekund do zwycięskiego Laurenta Jalaberta, który, zachowując znakomitą formę jeszcze z Tour de France, zostaje też liderem całego wyścigu (prowadzenia tego już nie odda aż do Madrytu). Pantani notuje znaczny awans, z 70. na 27. miejsce i ma do lidera 1 minutę i 32 sekundy straty.
Po szóstym etapie, o niespotykanej obecnie w wieloetapówkach długości (264 kilometry!!), jest już znakomicie, Marco Pantani znajduje się w czołowej grupie z najlepszymi kolarzami, która osiąga na mecie sporą przewagę nad peletonem i awansuje na 11. pozycję! Znakomita to pozycja wyjściowa przed kolejnymi etapami, traci obecnie do Jalaberta tylko 1 minutę i 53 sekundy.
Ale 41-kilometrowa jazda indywidualna na czas na etapie siódmym sprowadza go na ziemię. Pantani kończy tę próbę na nie najgorszej 52. pozycji, ale traci do zwycięzcy Abrahama Olano aż 4 minuty i 2 sekundy, zaś do Laurenta Jalaberta 3 minuty i 39 sekund. Po siedmiu etap

408
Po tym etapie Marco Pantani wychodzi już ma 3. miejsce w klasyfikacji generalnej, 8 minut i 11 sekund za Miguelem Indurainem oraz zaledwie 50 sekund za Richardem Virenque. Sporo odrabia do czołówki awansujący o trzy pozycje 6. obecnie Piotr Ugriumow, ale to wciąż aż 3 minuty i 23 sekundy straty do Włocha. Druga lokata, taka jak w Giro, w Paryżu wydaje się stać przez Pantanim otworem. Ale koncert Ugriumowa przeciąga się na kolejne etapy!
Odcinek osiemnasty prowadzi przez trzy wymagające, choć nieporównywalne z tymi z poprzedniego dnia, podjazdy Saissies, Croix-Fry i Colombiere. Ugriumow urywa się po raz kolejny na środkowym podjeździe i znowu ze sporą przewagą dojeżdża do mety, tym razem już samotnie. Ale nie ściga go Pantani, Włoch po ostatnich fajerwerkach ma dużo słabszy dzień. Na Colombiere nie wytrzymuje tempa narzuconego przez Miguela Induraina, z którym do końca jedzie jedynie wicelider wyścigu, Virenque. Ugriumow kończy zdecydowanie 1., za nim tandem hiszpańsko-francuski z dużą jednak stratą 2 minut i 40 sekund, a w kolejnej grupce, 3 minuty i 30 sekund po Ugriumowie, znajdują się Marco Pantani, Fernando Escartin, Roberto Conti, Pascal Lino i Luc Leblanc. Kolejni kolarze tracą do wspaniałego tego dnia Łotysza już ok. 5 minut. Ten mały kryzys kosztuje Pantaniego chwilową utratę miejsca na podium wyścigu. Spada na 4. pozycję w klasyfikacji po osiemnastu etapach i traci: 8 minut i 57 sekund do Miguela Induraina, 1 minutę i 35 sekund do Richarda Virenque oraz zaledwie 2 sekundy do Piotra Ugriumowa.
Czwarty i ostatni etap w Alpach stanowi górską jazdę indywidualną na czas przebiegającą poprzez podjazd Les Gets, aż po finisz na szczycie Avoriaz, wzniesienia górującego nad Morzine niczym Mont Faron nad Toulonem - z tą różnicą, że Avoriaz jest podjazdem nieporównywalnie dłuższym i rozgrywanym na o wiele okazalszych wysokościach bezwzględnych. W trakcie tego etapu znakomitą formę potwierdza Piotr Ugriumow, wygrywający w przysłowiowych cuglach kolejny już etap z rzędu. Znakomite 2. miejsce notuje Marco Pantani, dla którego jednak strata na niespełna 50 kilometrach aż 100 sekund oznacza praktycznie pożegnanie się z marzeniami o prześcignięciu przed Paryżem Ugriumowa. Jest to jednak znakomity wynik, zważywszy przede wszystkim na fakt, że wielki mistrz tego rodzaju prób Miguel Indurain, jadący co prawda bez większej motywacji, zajmuje 3. miejsce i traci do Marco Pantaniego ponad półtorej minuty. No i niespodziewanie wystarcza na podium w klasyfikacji generalnej! Wielki dramat przeżywa bowiem reprezentant gospodarzy Richard Virenque, który tracąc do Marco Pantaniego około 5 minut spada z zajmowanego od dawna, pewnego wydawałoby się 2. miejsca, aż na 5., nawet za Luca Leblanca.
Dwa ostatnie łatwiejsze etapy zgodnie z przewidywaniami nie zmieniają już klasyfikacji generalnej, która w Paryżu prezentuje się następująco: 1. Miguel Indurain, 2. Piotr Ugriumow 5 minut i 39 sekund straty do zwycięzcy, 3. Marco Pantani 1 minuta i 21 sekund straty do Ugriumowa, 4. Luc Leblanc 2 minuty i 44 sekundy straty do Pantaniego, 5. Richard Virenque zaledwie 7 sekund straty do Leblanca.
Od połowy wyścigu Marco Pantani podczas górskich etapów odrobił do Miguela Induraina dokładnie 8 minut. Wspaniałe to osiągnięcie, blednie jednak przy popisach Ugriumowa. Ten podczas zaledwie trzech kolejnych dni w górach odrobił do Baska aż 8,5 minuty. Choć nie umniejsza to zasług Rosjanina, to jednak realnie patrząc, w związku z jego stratą jeszcze w drugiej fazie wyścigu dochodzącą do 15 minut, nie stanowił on istotnego zagrożenia dla żółtej koszulki - i może stąd wynikały jego harce. Gdyby nie poważny kryzys na najcięższym pirenejskim etapie, pewnie Hiszpan bardziej by go pilnował, ale kto wie, może wręcz przeciwnie, Łotysz miałby szansę nawet na wygranie tego Tour de France!
Dodatkowo Marco Pantani, nie mając właściwie żadnej liczącej się opozycji, wygrywa klasyfikację młodzieżową wyścigu i zajmuje 2. lokatę w klasyfikacji górskiej, daleko jednak za Richardem Virenque.

Po ukończeniu na podium obu najważniejszych tourów Pantani wciąż nie ma dość. Pozostaje we Francji i, w ramach roztrenowania, na przełomie lipca i sierpnia z powodzeniem startuje w szeregu kryteriów: Louviere (4. miejsce), Chateau-Chinon (3. lokata) oraz Callac (4. pozycja). 17 sierpnia natomiast bierze udział w Coppa Agostini, zaznaczając swój udział w tym wyścigu 19. lokatą. Sił starcza mu też na start 21 sierpnia w renomowanym klasyku o Mistrzostwo Zurychu (zwanym też Grand Prix Szwajcarii), zajmując w nim 71. lokatę, ze stratą 5 minut i 25 sekund do Gianluki Bortolamiego. A 10 dni później bliski jest odniesienia zwycięstwa w kolejnym kryterium, w którym bierze udział w tej fazie sezonu - a mianowicie zajmuje 2. miejsce w Innsbrucku.

Marco Pantani kończy bardzo udany sezon startem 4 września w Memoriale Nenciniego - w którym przed dwoma laty po raz pierwszy w karierze zawodowca zajął miejsce na podium. I jak na kolarza z tak napiętym kalendarzem wypada dobrze, wieńcząc rok 1994 miejscem w pierwszej dziesiątce wyścigu.

Do sezonu 1995 Marco Pantani przystępuje już z ambicjami wygrania któregoś z wielkich tourów, wreszcie jadąc jako formalny lider Carrery w najważniejszych wyścigach.
Sezon tradycyjnie rozpoczyna 18 marca startem w wiosennych mistrzostwach świata, czyli w maratońskim, najważniejszym dla Włochów, klasyku Mediolan-San Remo. I jak zwykle w jego przypadku, nie jest to start, który można po latach wspominać - przyjeżdża bowiem dopiero na 98. miejscu, aż 6 minut i 35 sekund za czołową grupą, którą przyprowadza wszechstronny Laurent Jalabert.
W dniach 20-24 marca inauguruje przygotowania do wyścigów wieloetapowych startem w Tygodniu Katalońskim, wypadając poprawnie i kończąc tę imprezę na 26. miejscu.
Następnie w dniach 3-7 kwietnia jedzie w podobnie trudnym Wyścigu Dookoła Kraju Basków. Używając eufemizmu, nie wypada olśniewająco, zajmując w klasyfikacji końcowej 63. lokatę ze stratą aż 32 minut i 37 sekund do Alexa Zulle, i nie występując w jakiejś wiodącej roli na żadnym z etapów.
Niemniej symptomy wzrostu formy w związku ze zbliżającym się Giro d Italia w końcu pojawiają się. 12 kwietnia Marco Pantani jest 25. w Walońskiej Strzale, 4 minuty i 3 sekundy za ponownie brylującym Laurentem Jalabertem, zaś cztery dni później 18. w sędziwym Liege-Bastogne-Liege, z olbrzymią jednak stratą 10 minut i 10 sekund do Szwajcara Mauro Gianettiego. W końcu miesiąca, 25 kwietnia, notuje już bardzo udany start w trochę mniej prestiżowym, za to znakomicie obsadzonym ciężkim klasyku Giro dell Appennino. Na górskiej trasie zajmuje 5. lokatę, za samymi starymi znajomymi: Francesco Casagrande, Davide Rebellinem, Wladymirem Bellim i Jewgienijem Bierzinem, tracąc do zwycięskiego Casagrande 1 minutę i 4 sekundy. O skali trudności tego wyścigu najlepiej świadczy fakt, że spośród 118 uczestników imprezę ukończyło zaledwie 29 kolarzy.
Wydaje się zatem, że wszystko zmierza w pożądanym kierunku. Jeszcze tylko tradycyjnie Giro del Trentino, szlifowanie formy na tamtejszych wymagających podjazdach i forma na Giro d Italia zagwarantowana. Tymczasem tuż przed rozpoczęciem Dookoła Trydentu daje o sobie znać pech, stanowiący jakby zapowiedź o wiele ważniejszego zdarzenia w dalszej części sezonu - które będzie miało znaczenie dla całej jego dalszej kariery. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

1 maja w trakcie treningu nabawia się kontuzji. Uraz nie jest bardzo groźny, niemniej kontuzjowane kolano uniemożliwia start nie tylko w Trentino, ale co gorsza, nie pozwala na przystąpienie do Giro d Italia, i obronę 2. lokaty sprzed roku.

Pantani musi przełknąć tę gorzką pigułkę i szybko się kuruje. A ponieważ przed Tour de France brakuje mu startów, zmienia kalendarz i wybiera się na czwarty pod względem rangi wyścig na świecie, Tour de Suisse. W okresie 13-22 czerwca traci łącznie aż 18 minut do Pawła Tonkowa i zajmuje 17. miejsce w klasyfikacji generalnej (zdecydowanie przegrywa też z ostatecznie 3. Zenonem Jaskułą), ale nie o zwycięstwo w całym wyścigu mu chodziło. Pantani pokazuje to na przedostatnim etapie, oczywiście górskim, z metą na przełęczy - wygrywając go bardzo zdecydowanie. To nokaut, wystarczy tylko spojrzeć na wyniki na szczycie Flumserberg: 1. Marco Pantani, 2. Zenon Jaskuła 55 sekund straty, 3. Leonardo Piepoli 1 minuta i 6 sekund straty, 4. Alex Zulle 1 minuta i 18 sekund straty, 5. Paweł Tonkow 1 minuta i 20 sekund straty. I znakomity prognostyk przed Tour de France.

Jeszcze 25 czerwca zajmuje 16. miejsce w Trofeo Matteotti i oto już Marco Pantani przystępuje do najważniejszego startu w sezonie, rozgrywanego w 1995 r. w okresie 1-23 lipca. Pantani po ubiegłorocznych wyczynach zostaje formalnym liderem Carrery na Tour de France, Claudio Chiappucci otrzymuje skromny numer 24.
Pantani rozpoczyna wyścig w swoim stylu. Na 7-kilometrowym prologu zajmuje dopiero 105. miejsce i traci do niespodziewanego zwycięzcy Jacky Duranda aż 50 sekund. Nie ten fakt jest jednak przedmiotem ożywionych dyskusji po tym odcinku. Oto słabiutko wypada Miguel Indurain, który uzyskuje dopiero 35. czas i traci aż 31 sekund do specjalizującego się w szalonych ucieczkach Francuza.
Już na trzecim odcinku przychodzi pora na 67-kilometrową jazdę drużynową na czas. Próbę tą pewnie wygrywa ekipa Jewgienija Bierzina, Gewiss-Ballan. Banesto Miguela Induraina notuje 3. czas, ze sporą stratą 59 sekund, natomiast Carrera-Tassoni Pantaniego, zgodnie z przewidywaniami, dopiero 13. wynik, o 3 minuty i 11 sekund gorszy od rezultatu Gewiss. W klasyfikacji wyścigu po trzech etapach Marco Pantani znajduje się dopiero na 64. pozycji, ze stratą 3 minut i 29 sekund do lidera Laurenta Jalaberta i, co bardziej istotne, już 2 minut i 31 sekund do na razie 10. Miguela Induraina.
Na siódmym, pagórkowatym etapie do belgijskiego Liege, znów wszystkich zadziwia, tym razem pozytywnie, Indurain. Na 32 kilometry przed metą na skromnym podjeździe Mont Theax atakuje bardzo mocno. Przyspieszenia Baska nie wytrzymuje nikt!, po pewnym czasie tylko Johan Bruyneel z niejakim trudem dochodzi do Induraina. Duet hiszpańsko-belgijski szybko dogania uciekającego wcześniej Erica Boyera. Miguel Indurain pracuje cały czas sam, Belg nie daje choćby krótkich zmian. Dwadzieścia kilometrów przed metą dwaj kolarze mają jednak tylko 18 sekund przewagi nad peletonem, który pracuje kolektywnie i w innych okolicznościach nie powinien mieć jakichkolwiek problemów z uciekinierami. Ale tym razem harcownikiem jest jeden z najlepszych czasowców wszechczasów. Na 19 kilometrów przed metą zaczyna się ostatni króciutki podjazd. Tempa Miguela Induraina nie wytrzymuje Boyer. Na premii górskiej, 3 kilometry dalej, duet ten ma aż 39 sekund przewagi nad peletonem. Szanse ucieczki niepomiernie wzrastają. I nic się już nie zmienia, chociaż w peletonie pracują aż trzy mocne ekipy Gewiss, Mapei i ONCE - okazują się one łącznie słabsze od jednego zawodnika. Przez ostatnich kilkanaście kilometrów przewaga Induraina i Bruyneela cały czas oscyluje w granicach 50 sekund. Bruyneel, który przez 30 kilometrów nie wychodzi z koła ani na moment, czyni to dopiero na 100 m przed metą. Oj, nieładnie, panie Janie (w 2004 r. jego podwładny? Lance Armstrong powie w podobnej sytuacji: żadnych prezentów). A wydawało się, że wyścig rozpocznie się na dobre dopiero dzień później. Tymczasem dwójka śmiałków z faworytem wyścigu po akcji na znanych z Liege-Bastogne-Liege pagórkach dojeżdża z przewagą 50 sekund nad 50-osobowym zaledwie peletonem.
Tym samym liderem wyścigu zostaje Johan Bruyneel, Indurain jest już 2. ze stratą 32 sekund. A deficyt Pantaniego przekracza już 4 minuty do lidera, a 3,5 minuty do Baska.
Ósmy etap to jazda indywidualna na czas na dystansie 54 kilometrów. Wygrywa oczywiście wielki faworyt Miguel Indurain, ale, tu kolejne zaskoczenie w jego wydaniu, przewaga Baska jest o wiele mniejsza niż w poprzedniej edycji wyścigu. Dalsze miejsca zajmują: 2. Bjarne Riis (nieprzypadkowo, za rok Duńczyk przejmie pałeczkę głównodowodzącego peletonu!) ze stratą 12 sekund, 3. Tony Rominger 58 sekund straty do Induraina, 4. Jewgienij Bierzin 1 minuta i 38 sekund za Baskiem, 5. Melchor Mauri już 2 minuty i 16 sekund wolniej, 6. niedawny lider Laurent Jalabert 2 minuty i 36 sekund straty do Induraina. Dopiero 10. miejsce zajmuje jeden z faworytów wyścigu Alex Zulle, który na trasie spędza o 3 minuty i 58 sekund więcej czasu niż Bask. A górale Carrery? O wiele lepiej wypada, jak to zwykle na czasówkach, Claudio Chiappucci, który notuje więcej niż przyzwoity występ - 18. miejsce, 5 minut i 6 sekund straty do zwycięzcy etapu. Marco Pantani jedzie w swoim stylu, jest 55. i traci aż 7 minut i 51 sekund do Baska, a po ośmiu etapach aż 11 minut i 27 sekund - co daje mu 34. lokatę. Za to inni kolarze mają przed górami bardzo dobrą pozycję wyjściową - 2. Bjarne Riis traci tylko 23 sekundy, a 3., zwycięzca Giro d Italia 1994 Jewgienij Bierzin, 2 minuty i 20 sekund. Sporo natomiast przez słabą jazdę na czas ma do odrabiania Alex Zulle, na razie 9. ze stratą 4 minut i 29 sekund.
Bask wydaje się w tej edycji do pokonania, ale niestety nie przez Pantaniego, który powinien jak zwykle sporo odrobić w górach, ale raczej nie 11,5 minuty z dużym zapasem - biorąc pod uwagę jeszcze perspektywę dużych strat na ostatniej jeździe indywidualnej na czas.
I na pierwszym górskim etapie Pantani nie okazuje się herosem. Dziewiąty etap przebiegający w ogromnym upale, z przełęczami Saisies, Cormet de Roselend i finałowym La Plagne, ma zupełnie innych bohaterów. Już na Saisies ucieka Alex Zulle, mając za towarzysza Bo Hamburgera. Początkowo nie osiągają oni znaczącej przewagi, po pokonaniu zjazdu w dolinę między Saisies a Roselend duet szwajcarsko-duński ma tylko 1 minutę i 20 sekund uzysku nad peletonem. Ale na Roselend ma miejsce teatr jednego aktora. Zulle gubi Hamburgera i szybko odjeżdża awangardzie pościgu. Na przełęczy jego przewaga nad grupką Induraina i Pantaniego przekracza 5 minut! Na zjeździe Indurain musi osobiście nadawać tempo, bo w potwornym upale z drużyny Banesto nic już nie pozostało. Mimo to przewaga Zulle znowu nieznacznie rośnie i w dolinie wynosi już 5 minut i 20 sekund. Na szczęście dla goniących następuje teraz spory odcinek płaskiego terenu i grupa Induraina ma trochę łatwiej, przewaga spada odrobinę poniżej 5 minut. Dołącza do pościgu także najmocniejszy nie tylko w tym dniu pomocnik z Banesto, Vicente Aparicio. Przed ostatnim podjazdem atakuje Tonkow i zyskuje trochę przewagi nad grupą lidera. Na początku 17-kilometrowego finałowego La Plagne Aparicio pomaga Baskowi, ale jednak Indurain, chcąc nie chcąc, musi wziąć sprawy w swoje nogi osobiście, bo przewaga Zulle nie maleje i ten zaczyna zagrażać bezpośrednio jego pozycji lidera. Po wyjściu Induraina na czoło, z walki o zwycięstwo w wyścigu natychmiast odpada Bjarne Riis. W grupie pozostaje jeszcze 12 kolarzy, z Marco Pantanim, nie przejawiającym jednak tego dnia wielkiej woli walki. Ach, ten upał. 12 km przed metą Miguel Indurain zostaje już sam! Przed nim tylko Zulle, i niedaleko Paweł Tonkow. Dalej jedzie trójka włoskich górali: Pantani, Ivan Gotti i Paolo Lanfranchi, za nimi grupka Tony Romingera i Bjarne Riisa. W momencie, kiedy Indurain dopada Tonkowa, Zulle ma nad nim jeszcze 4 minuty i 3 sekundy przewagi. Tonkow próbuje przez kilka kilometrów jeszcze współpracować, ale tego dnia jest po prostu za słaby dla Induraina i 5 kilometrów przed finiszem zostaje. Zulle jest w tym momencie 3 minuty i 9 sekund z przodu i w dalszym ciągu jedzie bardzo szybko, co pokazuje jego przewaga na mecie nad Tonkowem. Nikt nie jedzie jednak w tej fazie tak szybko jak lider wyścigu. I oto meta, która przynosi następującą kolejność: 1. Alex Zulle, 2. Miguel Indurain 2 minuty i 2 sekundy straty, 3. Paweł Tonkow 4 minuty i 11 sekund straty, 4. Ivan Gotti, 5. Marco Pantani po 4 minuty i 37 sekund straty, 6. Richard Virenque, 7. Tony Rominger, 8. Paolo Lanfranchi, 9. Claudio Chiappucci po 6 minut i 5 sekund straty. Bjarne Riis zajmuje 19. miejsce ze stratą 7 minut i 37 sekund.

409
Po pokonaniu Alp Wschodnich następuje kilka etapów płaskich, które nie wprowadzają do klasyfikacji generalnej wyścigu żadnych zmian. Etap osiemnasty to 35-kilometrowa jazda indywidualna na czas, na terenie mocno pofałdowanym ze dość trudnymi jak na tego typu próbę podjazdami Passo Monte Ghiffi i Passo del Bocco jako finisz. Zgodnie z przewidywaniami realistów, na tym odcinku Pantani nie jest w stanie nawiązać walki ani z Bierzinem ani z Indurainem - ale jedzie bardzo dobrze. Lider wyścigu Bierzin znów wygrywa z Indurainem, tym razem nie tak zdecydowanie jak w pierwszej czasówce, bo tylko o 20 sekund. Marco Pantani przyjeżdża na znakomitej 3. pozycji, tracąc jednak do Rosjanina aż 1 minutę i 37 sekund. Po raz kolejny zdecydowanie wygrywa za to z Claudio Chiappuccim, 6. na etapie, ze stratą 1 minuty i 2 sekund do rodaka. Marco niespodziewanie zachowuje 2. lokatę! Wielkiemu Miguelowi Indurainowi wciąż brakuje do niego ok. 30 sekund. A w Alpach Kotyjskich można odrobić nawet te 2 minuty i 55 sekund, jakie pozostają mu do Rosjanina.
Pantani nie uznaje kompromisów i jedzie w dalszym ciągu ofensywnie. Na dwudziestym etapie z niebotycznym Colle dell Agnello (2. najwyższa przełęcz we Włoszech, ale że wcześniej było Stelvio, wyjątkowo droga ponad 2700 m n.p.m. nie stanowi Cima Coppi), Col d Izoard, Col du Lautaret i finałowym podjazdem Les Deux Alpes, Marco dyktuje mocne tempo na Agnello, a następnie wściekle atakuje na Izoard, zdobywając 1 minutę przewagi. Akcja ta nie przynosi mu jednak powodzenia - zbyt dużo do mety jest zjazdów, a i dwa ostatnie podjazdy nijak nie dorównują klasą górom na początku etapu. No i wspaniale pracuje na tym etapie pomocnik Bierzina, specjalista od trudniejszych wyścigów klasycznych, Moreno Argentin. Ostatecznie, mimo dużych kłopotów zarówno lidera, jak i Induraina, grupa czołowa przyjeżdża w pełnym składzie dotychczasowych bohaterów wyścigu, w samej końcówce Pantani podrywa się jeszcze raz, ale odrabia zaledwie 4 sekundy do lidera.
Na odcinku dwudziestym pierwszym z ponownym wjazdem na Col du Lautaret, następnie Col du Montgenevre i na koniec dwukrotnym pokonaniem Sestriere, w tym jako podjazdu finałowego, Pantani nie ma już możliwości przeprowadzenia skutecznego ataku - podjazdy są równie długie, co mało strome. Tu liderzy pozwalają na wycieczkę nawet Chiappucciemu, który przyjeżdża kilkadziesiąt sekund przed grupką z wielką trójką wyścigu - co stanowi jednak chyba raczej afront dla kolarza nie przywykłego do lekceważenia jego akcji.
Na tym bardzo udany dla młodziutkiego Marco wyścig kończy się. W klasyfikacji generalnej Giro d Italia 1994 liczy się tylko trzech kolarzy. Pewnie zwycięża Jewgienij Bierzin, 2. jest bohater z Mortirolo i Santa Cristina Marco Pantani, 2 minuty i 51 sekund za zwycięzcą, zaś niespodziewanie dopiero 3. najlepszy ówczesny kolarz świata, Miguel Indurain, z niedoczasem 32 sekund do Pantaniego. 4. Paweł Tonkow traci do Pantaniego już około 8 minut, a 5., nominalny lider Carrery Claudio Chiappucci, niemal 9 minut. Ponadto Marco Pantani zajmuje 3. miejsce w prestiżowej klasyfikacji górskiej, za harcownikami z ostatniego górskiego etapu - Pascalem Richardem i Michele Coppollilo.

Po zaledwie trzech tygodniach przerwy, w dniach 2-24. lipca czołowi kolarze Giro d Italia przystępują do zmagań w najważniejszym wyścigu sezonu, Tour de France (inaczej niż współcześnie, kiedy większość z nich w tym czasie odpoczywa, a pozostali jadą na wycieczkę). W obliczu dawnych zasług, formalnym liderem Carrery pozostaje Claudio Chiappucci, w latach 1990-1992 stały bywalec podium na Polach Elizejskich, przynależnego trzem najlepszym kolarzom wyścigu. Choć Marco Pantaniemu przydzielono skromny numer startowy 56, po niedawnych wyczynach w Giro d Italia uważany jest on za jednego z czarnych koni wyścigu. Czy jednak znowu okaże się lepszy od najbardziej wielbionego we Włoszech kolarza Claudio Chiappucciego?
Prolog o długości 7200 m zdecydowanie należy do największego ówczesnego specjalisty od jazdy na czas, Christophera Boardmana. 2. Miguel Indurain na tak krótkim odcinku traci do Brytyjczyka aż 15 sekund, a 3. Tony Rominger 19 sekund. W ekipie Carrery z dwójki liderów o wiele lepiej wypada Claudio Chiappucci, uzyskując 9. czas (33 sekundy straty), podczas, gdy Pantani jest dopiero 74., prawie 1 minutę za Boardmanem.
Po przejechaniu dwóch zaledwie etapów ze startu wspólnego, w czwartym dniu wyścigu ekipom przychodzi zmagać się z 66-kilometrowym odcinkiem jazdy drużynowej na czas. Etap ten wygrywa włoski zespół GB-MG, drużyna Banesto Miguela Induraina jest 3. z minimalną stratą 18 sekund, natomiast Carrera Jeans-Tassoni kończy dopiero na 11. pozycji i traci aż 2 minuty do zwycięskiej ekipy.
Do jazdy indywidualnej na czas spodziewano się raczej zachowania status quo, jednak na odcinku siódmym dało o sobie znać małe jeszcze doświadczenie wyścigowe Pantaniego. Na tym całkowicie płaskim etapie Włoch w końcówce jedzie w drugiej części peletonu - który w pewnym momencie w wyniku kraksy nieodwracalnie się dzieli. Przez to Marco Pantani traci aż 1 minutę i 30 sekund zarówno do Miguela Induraina, jak i innego wiodącego prym w dalszej fazie wyścigu kolarza, Łotysza Piotra Ugriumowa. W końcowym rozrachunku te 1,5 minuty okaże się bardzo kosztowne.
W tym momencie Marco Pantani traci już 3 minuty i 48 sekund do Miguela Induraina, 2 minuty i 42 sekundy do Piotra Ugriumowa oraz niecałe 2 minuty do ... Claudio Chiappucciego. Ale najgorsze przychodzi dopiero na etapie dziewiątym. To czarny dzień dla niemal wszystkich rywali sławnego Baska, etap, który przechodzi do historii!
64 kilometry jazdy indywidualnej na czas do Bergerac okazuje się o wiele za długim dystansem dla antagonistów Hiszpana. Miguel Indurain bezprzykładnie miażdży konkurentów w stylu nie widzianym od czasów Jacquesa Anquetila. Jedynie Tony Rominger notuje stratę, która nie przynosi wstydu, dokładnie 2 minuty. 3. Armand de las Cuevas, do końca poprzedniego sezonu najwierniejszy giermek Baska w Banesto, a obecnie lider Castoramy, notuje już 4 minuty i 22 sekundy straty!, 4. Thierry Marie 4 minuty i 45 sekund, 5. pogromca Hiszpana z prologu Chris Boardman aż 5 minut i 27 sekund, a 6. Bjarne Riis jeszcze kilka sekund więcej. 10. Piotr Ugriumow przebywa na trasie 6 minut i 4 sekundy dłużej od zwycięzcy, 13. Lance Armstrong 6 minut i 23 sekundy. Nominalny lider Carrery Claudio Chiappucci jest 25. i okazuje się wolniejszy o 8 minut i 4 sekundy, a Marco Pantani ponosi wręcz sromotną klęskę, notując 70. czas i tracąc ... 11 minut bez jednej sekundy. Ostatnią 175. pozycję zajmuje dobry góral Kolumbijczyk Angel Camargo, który przebywa na trasie etapu aż o ponad 19 minut dłużej niż Indurain.
Tak więc już przed wszystkimi górami wyścig wydaje się rozstrzygnięty, przynajmniej co do 1. lokaty - bardzo wysokich kwalifikacji Baska także na poletku górskim nikt nie śmie bowiem podważać. Marco Pantani sytuację wyjściową ma po prostu złą. Traci do Miguela Induraina aż 14 minut i 47 sekund!, do Piotra Ugriumowa 7 minut i 37 sekund, także w zespole Carrery jego pozycja jest słaba, wszak Claudio Chiappucci ma aż o 4 minuty i 47 sekund bliżej do lidera. Ale podobnie było przecież i przed wysokimi górami w Giro d Italia. W każdym razie włoscy kibice nie tracą wiary w podium, co przejawia się w upstrzeniu w wielu miejscach asfaltu jego nazwiskiem. O zarezerwowanej dla Baska 1. lokacie, pewnie jednak nawet oni już nie marzą.
Od jedenastego etapu kolarze wkraczają w rewir Pantaniego, wysokie góry. Na pierwszym z etapów górskich (z jednym na razie podjazdem, za to bardzo trudnym i usytuowanym jako finałowy) znowu najlepiej wypada jednak Indurain - który na przełęczy Hautacam melduje się 2., tradycyjnie nie walcząc na finiszu z towarzyszem akcji ofensywnej Lucem Leblancem. Pantani pokazuje pazurki, na razie z pewną nieśmiałością, finiszując na 3. pozycji, 16 sekund za Francuzem. Zyskuje sporo nad 7. tego dnia Piotrem Ugriumowem, bo prawie 1 minutę. Rozstrzyga się za to inny problem - lidera Carrery. Claudio Chiappucci na samym finałowym podjeździe traci 24 minuty do Induraina i przyjeżdża w ostatniej grupeczce, na pozycji 168., zaś następnego dnia wycofuje się z wyścigu.
Nowy lider Carrery Marco Pantani w dalszym ciągu zajmuje odległą pozycję w klasyfikacji generalnej, już 15 minut i 19 sekund! za Indurainem, i w dalszym ciągu znajduje się nawet za zwalistym wówczas Armstrongiem - ale za to ma teraz do dyspozycji zespół podporządkowany tylko jemu. Poza tym prawdziwe góry jeszcze się nie rozpoczęły.
Następny etap to klasyk pirenejski. Na trasie znajdują się wszystkie najsłynniejsze podjazdy w regionie (poza Soudet i Aubisque), kolejno: Peyresourde, Aspin, Tourmalet i Luz Ardiden. Na Aspin swój rajd rozpoczyna Virenque, kolarz wtedy jeszcze młody i mało znany, nie zagrażający nikomu z możnych. Francuz wygrywa etap ze sporą przewagą, ale ponieważ w 1994 r. w tym momencie występuje w roli zawodnika nie zagrażającego Indurainowi - choć już nie harcownika - za jego plecami dzieją się rzeczy o wiele ciekawsze. W drugiej fazie Tourmalet od grupy czołowej z łatwością odrywa się Marco Pantani. Na długim zjeździe do Luz Saint Sauveur utrzymuje przewagę, a na podjeździe finałowym wręcz miażdży konkurentów. Przyjeżdża co prawda 4 minuty i 30 sekund za Virenque, ale i tak na ostatnich 40 kilometrach zyskuje do Francuza około 10 minut. Grupka Induraina, w której w wyniku ostrej selekcji w połowie Luz Ardiden ostatecznie ostali się jedynie Luc Leblanc i Wladimir Pulnikow, traci do Pantaniego ponad 3 minuty! Olbrzymi kryzys przeżywa Piotr Ugriumow, który przyjeżdża dopiero 29. i traci do Pantaniego aż 8 minut. W klasyfikacji generalnej następują olbrzymie zmiany, poza oczywiście niezagrożoną lokatą Induraina. Virenque awansuje aż na 3. pozycję, z dokładnie tą samą stratą co 2. Tony Rominger (7 minut i 56 sekund straty), Pantani wypływa z głębokiej czeluści na 8. miejsce, ze stratą 11 minut i 55 sekund (czyli do 2. lokaty brakuje mu już tylko 4 minut!), a Piotr Ugriumow spada na miejsce 10., spędzając na rowerze w trakcie minionych dwunastu etapów o 13 minut i 17 sekund więcej czasu niż złoty Bask.
Trzynasty, bardzo długi (223 km), ale płaski już etap, okazuje się wielce pechowy dla wicelidera wyścigu (i 2. kolarza w klasyfikacji końcowej wyścigu przed rokiem). Już po minięciu Pirenejów Tony Rominger, z powodu kłopotów zdrowotnych zsiada z roweru. Tym samym Marco Pantani niejako bez walki przesuwa się o jedną lokatę w górę i jest już 7. A po kolejnym, trochę pofałdowanym w końcówce etapie, nawet 6., wyprzedzając Bjarne Riisa - który zresztą traci na tym odcinku jedynie marne 20 sekund.
Na piętnastym etapie zabawa rozpoczyna się na dobre. W jego trakcie ma miejsce wspinaczka pod jeden z najtrudniejszych podjazdów we Francji, słynną samotną górę w Alpach Prowansalskich Mont Ventoux. Przed podjazdem, którego kulminacja tym razem znajduje się aż 39 kilometrów przed metą, na czele znajduje się samotny i bardzo postawny (wówczas 85 kilo w samej bieliźnie, teraz pewnie trochę więcej) Włoch Eros Poli. U podnóża 21-kilometrowego monstrum czyli w Bedoin, ma 23 minuty i 45 sekund przewagi nad peletonem - niemal pół godziny! Około 7 kilometrów przed przełęczą, w Chalet Reynard, na ponad 10-procentowym nachyleniu atakuje Marco Pantani - nie bacząc, że do mety pozostaje jeszcze 46 kilometrów jazdy. Ponad 20-osobowy w tym momencie peletonik rozsypuje się jak domek z kart. W pogoń za Pantanim ruszają Richard Virenque i Piotr Ugriumow, ale nie zyskują znaczącej przewagi nad bardzo spokojnie jadącym Miguelem Indurainem. Za to Marco Pantani szybko znika ścigantom z pola widzenia. Tymczasem Eros Poli bardzo cierpi. Jego przewaga topnieje w końcówce nawet w tempie 2 minut na kilometrze dystansu. Kiedy zostają jeszcze tylko 4 kilometry masakrycznego podjazdu, a przewaga Pantaniego nad grupą lidera urasta do ponad 1 minuty, sprawy w swoje nogi bierze król Miguel i osobiście zaczyna regulować tempo. A że potrafi to robić znakomicie, Virenque i Ugriumow zostają wnet połknięci. Wkrótce z Indurainem utrzymują się tylko Armand de las Cuevas, Luc Leblanc (odpowiednio: 3. i 4. kolarz klasyfikacji generalnej), Pascal Lino, Virenque (aż czterech Francuzów, gdzie te czasy!), a także jedyny oprócz Induraina obcokrajowiec w tym gronie, Włoch Roberto Conti. Bardzo poważny kryzys przeżywa Bjarne Riis, który na metę przyjedzie ostatecznie ze stratą kilkunastu minut do najlepszych. Także Piotr Ugriumow, po początkowym zrywie zostaje w tyle, ale jadąc swoim tempem nie traci wiele. Poli ledwie żywy osiąga szczyt na czele wyścigu, tracąc prawie 20 minut ze swojej gigantycznej przewagi. Pantani osiąga przełęcz 4 minuty i 35 sekund za rodakiem, a grupka Induraina traci do Pantaniego 1 minutę i 28 sekund. Na zjeździe Ugriumow dochodzi jednak do grupy lidera. Z czasem grupa powiększa się o kolarzy, którzy na górze nie stracili więcej niż kilkadziesiąt sekund, tj. o kolejnego Włocha Alberto Elliego, Wladymira Pulnikowa i Alexa Zulle. Ekipa powstaje naprawdę przednia, samotny Pantani nie ma większych szans na zachowanie przewagi nad współpracującą ze względu na zbieżność interesów grupę lidera, i już na ponad 20 kilometrów przed metą zostaje doścignięty. Tuż przed metą bez reakcji konkurentów odjeżdżają nie zagrażający w klasyfikacji generalnej nikomu z możnych Elli, Lino oraz Conti i rozgrywają między sobą walkę o 2. miejsce - bo o wiele lepiej czujący się na płaskim Poli dojeżdża niezagrożony, zachowując niemal 4 minuty przewagi. Etap ten miał jednak jeszcze dwóch innych zwycięzców - Pantaniego, utwierdzającego wszystkich w przekonaniu, że w wysokich górach nie ma na niego silnych, oraz Induraina, po raz kolejny udowadniającego swoją całkowitą kontrolę nad przebiegiem wydarzeń i bez problemów zachowującego 8-minutową przewagę nad konkurentami i 12-minutową nad potencjalnie najgroźniejszym z nich, Marco Pantanim.
Tymczasem dzięki inwencji organizatorów układających trasę, kolejne cztery etapy w sercu Alp zapowiadają się wręcz pasjonująco!
Droga na szesnastym etapie, poprzez dwie pomniejsze górki Menee i Ornon, wiedzie na słynną z ostrych zakrętów górę l Alpe d Huez. W trakcie etapu kolarze są bardzo aktywni, co rusz inicjują ucieczki. W końcu dochodzi do wspólnoty interesów wszystkich grup i zawiązuje się akcja mająca szansę powodzenia. Przed finałowym podjazdem przed grupą liderów jedzie ok. 15 kolarzy, z potencjalnie najmocniejszymi góralami Roberto Contim i Alberto Ellim, z przewagą aż kilkunasto-minutową. Pewne jest, że w kimś w tym składzie należy wypatrywać zwycięzcy etapu. Na samym początku l Alpe d Huez z bardzo licznego jak na etap górski peletonu atakuje nie kto inny jak Marco Pantani i w swoim stylu łatwo odjeżdża rywalom. Czasu i dystansu starcza mu jednak na połknięcie tylko połowy z uciekających i ostatecznie kończy etap na 8. miejscu. Zyskuje jednak na tym słynnym podjeździe: 1 minutę i 40 sekund nad kontratakującym w końcówce Virenque, 2 minuty i 15 sekund nad Indurainem i Leblancem, 2 minuty i 22 sekundy nad Pulnikowem, 2 minuty i 46 sekund nad znowu nie wytrzymującym silnego tempa Ugriumowem oraz aż 3 minuty i 28 sekund nad Armandem de las Cuevasem. A etap zgodnie z przewidywaniami pada łupem Roberto Contiego, który nie daje szans rywalom i wygrywa z przewagą ponad 2 minut nad 2. kolarzem. Po tym etapie Marco Pantani awansuje na 5. pozycję w klasyfikacji ogólnej, tracąc 9 minut i 50 sekund do Miguela Induraina, 2 minuty i 29 sekund do Richarda Virenque, 1 minutę i 15 sekund do Luca Leblanca oraz 35 sekund do Armanda de las Cuevasa. Kolosalna dominacja jednego zawodnika! Na 9. dopiero miejsce spada Piotr Ugriumow, 4 minuty i 18 sekund straty do Pantaniego. W tym momencie Łotysz chyba zostaje nieco zlekceważony, a wszystkie oczy zwracają się na Pantaniego, który ma bardzo realną szansę na 2. miejsce, za Indurainem.
Tymczasem ostatnie dni wyścigu należą zdecydowanie do Ugriumowa, który zmienia taktykę. Widząc, że nie jest w stanie dotrzymać kroku najlepszym na końcowych podjazdach, inicjuje akcje zaczepne wcześniej i bazuje na swojej wytrzymałości. I to z jakim efektem! Etap siedemnasty, bardzo krótki, należy jednak do najcięższych jakie można sobie wyobrazić. Następują na nim kolejno następujące podjazdy: Glandon (24 km), Madeleine (20 km), a jako finałowy podjazd trudniejszy nawet od Mont Ventoux - Val Thorens (36 km). Te trzy podjazdy liczą sobie w sumie 80 km długości! A cały etap stanowi dystans 149 km - czyli trzy podjazdy stanowią grubo ponad połowę etapu. Łączne przewyższenie tych trzech podjazdów to blisko 4900 m! Na bardzo stromym zjeździe z Glandon Marco Pantani jadąc z dużą prędkością pada na asfalt! Rozbija sobie mocno prawe kolano. Przebija się w jego głowie nawet myśl o wycofaniu, wnet ją jednak odpędza. Jest za to zbyt zły. Podrywa się i na podjeździe Madeleine dochodzi do czołowej grupki. Jest jednak zbyt obolały, i zmęczony pościgiem, aby powstrzymać atak Piotra Ugriumowa w towarzystwie kolumbijskiej kozicy Nelsona Rodrigueza. Pantani zbiera siły, kontruje na finałowym podjeździe i, w przeciągu jednego tygodnia już po raz czwarty, bez problemów zrywa z koła wielkiego Induraina i wszystkich innych. Ale nie jest w stanie dogonić uciekającej przez większość etapu dwójki górali. Ostatecznie wygrywa Rodriguez przed Ugriumowem, a Pantani przyjeżdża 3. ze stratą 1 minuty i 8 sekund, ale, co istotniejsze, znowu zdecydowanie odrabia 1,5 minuty do pozostałych najlepszych kolarzy.
 

410
Wreszcie Marco Pantani debiutuje w wielkim tourze, rozgrywanym od 23 maja do 13 czerwca Giro d Italia. Otrzymuje numer startowy 34.
W pierwszym w życiu etapie w wyścigu tej rangi przyjeżdża w peletonie i zajmuje 80. miejsce, tracąc 34 sekundy do samotnie uciekającego byłego mistrza świata Moreno Argentina.
Na drugim odcinku, pierwszym górskim, Pantani choć przesuwa się w klasyfikacji generalnej o 3 pozycje, wypada niespodziewanie źle. Na Passo Monumento zostaje w drugiej grupce i ostatecznie przyjeżdża dopiero 119., 1 minutę i 5 sekund po Maurizio Fondrieście. Łącznie traci do lidera wyścigu Moreno Argentina już 1 minutę i 41 sekund.
Ale w trakcie kilku następnych etapów podobnych błędów już nie popełnia i melduje się zawsze w czołówce, w grupie lidera oraz Miguela Induraina (w tym także na górskim odcinku nr 4 do Scanno). Dzięki temu po dziewięciu etapach przesuwa się z miejsca 77. na 31., tracąc jednak wciąż 1 minutę i 41 sekund do rodaka, zwycięzcy premierowego odcinka.
Dziesiąty etap to zupełnie płaska jazda indywidualna na czas na dystansie 28 kilometrów. Zgodnie z oczekiwaniami klasę pokazuje nowy lider wyścigu i ubiegłoroczny triumfator, Miguel Indurain. Marco Pantani wypada słabiutko - 105. pozycja i strata na tak krótkim etapie aż 4 minut i 31 sekund. W klasyfikacji generalnej traci do Baska 5 minut i 34 sekundy, spada na 42. miejsce.
Za to dzień później pewna niespodzianka - Bask oddaje różową koszulkę - czyni to jednak bez walki, pozwalając na spory odjazd grupce kolarzy przynajmniej teoretycznie nie zagrażających mu w zbliżających się górach. Pantani przyjeżdża w grupie Induraina i po dziesięciu etapach traci do nowego lidera Bruno Lealiego 7 minut i 31 sekund.
Podszczypywanie lidera zaczyna się już dzień później, na podjeździe Fontanelle. Pantani zajmuje na nim 9. miejsce, a w klasyfikacji generalnej awansuje po raz pierwszy w karierze do najlepszej trzydziestki Giro d Italia, tracąc 6 minut i 47 sekund do Lealiego.
Trzynasty etap znów pada łupem Moreno Argentina. To bardziej wartościowe zwycięstwo niż poprzednie, etap przebiega przez górskie przełęcze Passo Vezzena, Passo Eores i Passo delle Erbe. Pantani traci do czołowej grupy z liderem i Indurainem tylko 6 sekund i kończy na 22. pozycji. W ścisłej czołówce nic się nie zmienia (choć Pantani awansuje aż o 5 pozycji), gdyż kolarze oszczędzają tego dnia siły na czternasty (królewski) 245-kilometrowy etap w Dolomitach z podjazdami Costalunga, Pordoi, bardzo stromym Fedaia, ponownie Pordoi i Campolongo.
Ten odcinek okazuje się jeszcze za trudny dla Pantaniego, który nie nawiązuje walki z najściślejszą czołówką górali tamtego wyścigu. Choć zajmuje na tym etapie bardzo wysokie 13. miejsce i awansuje już na 20. lokatę w klasyfikacji generalnej, traci do zwycięskiego tego dnia kolarza aż 5 minut i 58 sekund, a tylko o 1 sekundę mniej do Miguela Induraina. W Carrerze panuje jednak wielka radość, tym, który przyprowadził najlepszych okazuje się bowiem sam Claudio Chiappucci. A że o wiele dalej nawet niż Pantani kończy etap przypadkowy jednak lider Leali, Bask pewnie obejmuje przodownictwo w klasyfikacji Giro d Italia po czternastu etapach. Pantani traci do niego już 12 minut i 52 sekundy.
Na piętnastym, jeszcze dłuższym (263 kilometry!) odcinku z Passo Gardena, Passo Andalo, Colle San Eusebio i finałowym Lumezzane, Marco przyjeżdża 15. i traci kolejne 15 sekund do Baska. Dzień później kończy w drugim peletoniku, 42 sekundy za grupą lidera, a jego strata do Induraina po szesnastu etapach urasta do 13 minut i 49 sekund - co daje mu 19. miejsce. Etap siedemnasty, z podjazdami Colle di Melogno, Colle dei Giovetti oraz Pontechianale, przejeżdża w czasie Miguela Induraina, aż 9 minut i 16 sekund dłużej niż Marco Saligari, i awansuje już na 18. miejsce. Wydaje się, że w debiucie ma realną szansę na pozycję w pierwszej dwudziestce wielkiego touru - a to byłaby znakomita rekomendacja dla młodego kolarza. Nie jest to mu jednak dane, w trakcie osiemnastego etapu zmuszony jest się wycofać z uwagi na zapalenie ścięgien. Marco Pantani nie kończy zatem tego wyścigu, jego debiut należy jednak uznać za bardzo obiecujący. Pokonał niemal wszystkie góry i uczynił to w dobrym tempie. Tymczasem lider zespołu Claudio Chiappucci spełnia tylko w częsci pokładane w nim nadzieje - wygrywa klasyfikację górską, a w generalnej jest 3., bez szans jednak na wyższą pozycję - traci 5 minut i 27 sekund do wielkiego Miguela Induraina oraz 4 minuty i 29 sekund do Piotra Ugriumowa. Z tego wyścigu zostaje szczególnie w pamięci przebieg finałowego podjazdu na przedostatnim etapie do Oropa i wyraz twarzy Induraina, kiedy Łotysz, mający stosunkowo niewielką stratę do ówczesnego króla kolarstwa, z pasją atakuje i odrywa się! od Hiszpana. Ten, mocno wystraszony i pozbawiony już w tym momencie jakichkolwiek pomocników, walczy ze swoją słabością niczym lew - jak na króla peletonu przystało - i ostatecznie traci do Ugriumowa na tyle mało (36 sekund), aby bez specjalnej obawy o ewentualną utratę swojej pozycji spokojnie udać się na niedzielną wycieczkę rowerową do Mediolanu.

Na tym wyścigu 23-letni neo-profi w zasadzie kończy poważne ściganie w sezonie 1993. W słusznym przekonaniu kierownictwa ekipy, jego ewentualny udział w Tour de France stanowiłby jeszcze zbyt duże wyzwanie dla młodego organizmu, podmęczonego sporą już dawką startów od początku sezonu. Liderami Carrery na Tour de France są Claudio Chiappucci i weteran Irlandczyk Stephen Roche, którzy zajmują ostatecznie miejsca odpowiednio 6. i 13. Od obu, jak pamiętamy (o roku ów!), zdecydowanie lepiej wypada Zenon Jaskuła z GB-MG Maglificio. Wyniki te nie powodują zapewne odczucia pełnej satysfakcji u dyrektora sportowego Carrery, jednak, jakby na otarcie łez, ekipa wygrywa klasyfikację zespołową, a Chiappucci zajmuje 2. miejsce w klasyfikacji górskiej, za Tonym Romingerem.

Rok 1994 Marco Pantani zaczyna odrobinę później niż poprzedni. Pierwszy start notuje 19 marca w długim i wbrew pozorom trudnym klasyku Mediolan - San Remo, czego smutnym efektem jest wycofanie się na trasie.
W pierwszej dekadzie kwietnia po raz drugi w karierze startuje w wyścigu Dookoła Kraju Basków i wypada w nim... gorzej niż w 1993 r. Przyczyną pasywnej jazdy w końcówkach etapów jest chyba obranie przed sezonem innego cyklu przygotowań, nakierowanego na start w Tour de France, a także w dalszym ciągu spełnianie roli gregario Claudio Chiappucciego (który nie spodziewa się wtedy jeszcze, że w dalszej części sezonu sam stanie się tylko pomocnikiem). W Basque Tour Pantani zajmuje ostatecznie 55. lokatę i traci aż 32 minuty i 39 sekund do zwycięzcy, nie pokazując się z dobrej strony na końcówkach żadnego z etapów. Claudio Chiappucci wypada za to bardzo dobrze, zajmuje 3. miejsce, tracąc 58 sekund do Tony Romingera i zaledwie 15 sekund do Jewgienija Bierzina - szykującego właśnie mistrzowską formę na Giro d Italia.
17 kwietnia Pantani startuje też w Liege-Bastogne-Liege, ale z efektem zbliżonym do oglądanego rok wcześniej. Zajmuje 67. miejsce i przyjeżdża w ostatniej grupeczce ze stratą dokładnie 19 minut do błyszczącego w tamtych tygodniach Jewgienija Bierzina (drugi jest Lance Armstrong, z pokaźną jednak stratą 1 minuty i 37 sekund). Niemniej w zimnie i deszczu Pantani pokazuje charakter i dojeżdża do Liege, czego nie da się powiedzieć aż o 110 innych kolarzach tamtego klasyku.

I tak jak przed rokiem, po tym starcie Pantani wraca do Włoch, gdzie bierze udział w imprezach jednodniowych - i wypada w nich bardzo dobrze. 30 kwietnia zajmuje 6. lokatę w Grand Prix Prato, zaś 1 maja 4. pozycję w Grand Prix Larciano (zwycięstwo Francesco Casagrande).
Na przełomie kwietnia i maja tradycyjnie rozgrywany jest najważniejszy dla Włochów (a także innych kolarzy nie startujących w rozgrywanym niemal równolegle, wyżej jednak punktowanym wyścigu Tour de Romandie) sprawdzian przed Giro d Italia, tj. Giro del Trentino. W początkach ery Pantaniego tzw. Duże Giro rozgrywane jest nieco później niż obecnie, z tej racji w Dookoła Trydentu kolarze jadą dopiero w dniach 10-13 maja. Marco Pantani okazuje się w tym wyścigu po raz pierwszy w krótkiej karierze liderem zespołu. W klasyfikacji końcowej zajmuje miejsce tuż za podium (4.) ze stratą 31 sekund do mistrza klasyków Moreno Argentina, 12 sekund do faworyta Jewgienija Bierzina i zaledwie 3 sekundy do odwiecznego rywala, Francesco Casagrande. Nominalny lider ekipy, Claudio Chiappucci, jest dopiero 9. i traci do Pantaniego aż 1 minutę i 18 sekund.
15 maja Pantani wypada równie dobrze w trudnym klasyku Dookoła Toskanii. W końcówce bierze udział w decydującej akcji z udziałem czterech zawodników - poza nim jej uczestnikami są Pascal Richard, Massimo Ghirotto i Francesco Casagrande. Na finiszu na płaskim terenie okazuje się jednak zbyt wolny w konfrontacji z masywniej zbudowanymi rywalami. A wyścig wygrywa oczywiście... Francesco Casagrande.

Giro d Italia 1994 rozgrywa się w okresie 22 maja - 12 czerwca. Marco Pantani, mimo zaprezentowania najlepszej formy przed wyścigiem, ze zrozumiałych względów nie jedzie jako lider Carrery - na pozycję tą w poprzednich latach zapracował Claudio Chiappucci. Ale w decydującym momencie w górach Marco, znowu startujący z numerem 34., dostaje na szczęście wolną rękę.
Wyścig rozpoczyna się dość nietypowo. Pierwszego dnia rozgrywany jest krótki, 86-kilometrowy płaski etap, a dopiero po południu 7-kilometrowa jazda indywidualna na czas - typowy prolog. Pantani kończy go dopiero na 89. pozycji, 46 sekund za zwycięzcą Armandem de las Cuevasem, 44 sekundy za 2. Jewgienijem Bierzinem oraz 41 sekund za 3. Miguelem Indurainem. W klasyfikacji generalnej zajmuje na razie 84. miejsce.
Pantani dobrze wypada na 2. etapie, z górskimi premiami Agugliano i Offagna - gdzie przyjeżdża 10., zaledwie 12 sekund za znów Moreno Argentinem (Trentino to naprawdę znakomity sprawdzian formy), nowym liderem, do którego 22. obecnie Pirat traci łącznie 53 sekundy.
Na kolejnym górskim, najcięższym jak na razie czwartym etapie, z podjazdem Passo Tree Termini i finałowym Campitello Matese, Pantani przyjeżdża już 5., w grupie Induraina, ale traci tym razem więcej, bo 47 sekund, do zwycięzcy i nowego lidera Jewgienija Bierzina - rozpoczynającego właśnie, mimo uczestniczenia w wyścigu samego Miguela Induraina, drogę ku zwycięstwu w Giro (koszulki tu zdobytej, mimo pewnych kłopotów na królewskim etapie, nie odda już do samego Mediolanu). Pantani, będąc po raz pierwszy tak wysoko w tej randze wyścigu (10. miejsce po czterech etapach) traci do Rosjanina na razie tylko 1 minutę i 43 sekundy.
Do ósmego odcinka sytuacja nie ulega zmianie. Wtedy jednak odbywa się długa, 44-kilometrowa jazda indywidualna na czas. Pantani jedzie o wiele lepiej niż przed rokiem, zajmuje 53. pozycję. Wszystkich konkurentów niespodziewanie nokautuje nie Miguel Indurain, a Rosjanin Jewgienij Bierzin. Marco traci do niego 5 minut i 47 sekund, a do zaledwie 4. w tej próbie Miguela Induraina już tylko 3 minuty i 13 sekund. Straty Pantaniego w klasyfikacji generalnej do Rosjanina są kolosalne i wynoszą 7 minut i 30 sekund, ale do Miguela Induraina aż o 3 minuty mniej. Ale Indurain to przecież król ówczesnego kolarstwa, i kibice emocjonują się w tym momencie perspektywami jego pogoni za Bierzinem, a nie ewentualnym odpieraniem ataków na zajmowaną aktualnie pozycję, nie odpowiadającą jego aspiracjom.
Na trzynastym etapie peleton dzieli się na wiele grup i grupek, z przodu jadą głównie harcownicy. Bierzin i Indurain tracą na tym odcinku do czołówki po ok. 13,5 minuty. Również Marco Pantaniemu udaje się urwać 1 minutę do obu faworytów. Po trzynastu etapach, przed wysokimi górami, Pantani jest 10. i traci 6 minut i 28 sekund do lidera Jewgienija Bierzina oraz nieco ponad 3 minuty do Miguela Induraina.
Jednak w Dolomitach oraz innym paśmie Alp Wschodnich Val di Sole (Mortirolo nie leży już w Dolomitach, to częsta nieścisłość spotykana nawet w opracowaniach specjalistycznych) świat kolarski ogląda już popis jednego aktora, a tym aktorem nie jest wcale Indurain. Czternasty etap do Merano z niebotycznymi przełęczami Passo Stalle, Passo Furcia, Passo Erbe, Passo Eores i Passo Monte Giovo to popis Marco Pantaniego, który odnosi swoje pierwsze zwycięstwo etapowe nie tylko w dorosłym Giro d Italia, ale w ogóle w zawodowym kolarstwie. Podejmuje śmiały i bardzo dojrzały atak, bo dopiero na ostatnim podjeździe Monte Giovo, i na zjeździe do mety utrzymuje przewagę. Jedzie samotnie przez ostatnie 30 kilometrów! Grupę liderów z Bierzinem, Indurainem i ... Chiappuccim wyprzedza ostatecznie o 40 sekund.
Ale ten etap stanowi tylko zapowiedź tego, co miało nastąpić następnego dnia. 5 czerwca 1994 r. to wielki dzień dla kolarstwa. 188-kilometrowy odcinek Merano - Aprica już przed jego rozegraniem może uchodzić za absolutnie wyjątkowy. Mianowicie, już nigdy ani wcześniej ani później w ciągu jednego dnia nie kazano kolarzom w żadnym wyścigu szosowym świata pokonywać dwóch tak trudnych górskich podjazdów: Passo Stelvio oraz najtrudniejszego wówczas podjazdu kolarskiego na świecie - Passo di Foppa, zwanego pieszczotliwie Passo del Mortirolo (Alto l Angliru jest wtedy jeszcze nikomu nieznanym klepiskiem w Górach Kantambryjskich). Jakby tego było mało, przed metą organizatorzy fundują kolarzom jeszcze, raczej zmarszczkę, Passo Aprica oraz bardzo stromy choć o wiele krótszy niż Mortirolo Valico di Santa Cristina. Przebieg tego etapu także zasługuje na opis. Początkowo umyka wszystkim doświadczony góral o uznanej renomie - Franco Vona - który wygrywa premię Cima Coppi. Marco Pantani z łatwością zrywa z koła wszystkich, poza liderem Bierzinem, na samym początku Mortirolo. Franco Vona w ekspresowym tempie traci 2 minuty z niedawnej przewagi i chwilę później już nawet nie ogląda pleców Pantaniego. Bierzin też słono płaci za swoją szarżę, chęć dorównania Pantaniemu w tylko jemu dostępnych pokładach ludzkiej wytrzymałości. Marco, stosując tempową arytmię, już przed połową podjazdu gubi Rosjanina. Indurain tymczasem, jadąc bardziej ekonomicznym tempem, już na Mortirolo dościga, wyprzedza i mocno dystansuje Rosjanina. Nie jedzie sam, jego tempo wytrzymują Wladimir Belli, Kolumbijcyk Nelson Rodriguez, Gianni Bugno oraz lider Carrery Claudio Chiappucci. Indurain nie traci już od tego momentu wiele do Pantaniego, mimo, że ten, atakując od samego początku góry, pokonuje słynny podjazd w rekordowym do dziś czasie - bo licząc od podnóża w 43 minuty i 57 sekund (aż 2 minuty i 3 sekundy szybciej niż dotychczasowe najlepsze osiągnięcie Franco Chiocciolego z 1991 r.). Jeszcze przed przełęczą Gianni Bugno nie wytrzymuje tempa Baska i już na zjeździe wchłania go grupka Bierzina. Na szczycie Marco Pantani ma 1 minutę przewagi nad drugą grupą, w której książę Navarry jest jedynym pracującym zawodnikiem, a już 2,5 minuty nad liderem wyścigu. Zostaje jednak jeszcze 50 kilometrów dystansu, z czego dużą część stanowią zjazdy i wypłaszczenia. I zgodnie z obawami włoskich kibiców Pantani tę przewagę traci! Indurain, Pantani, Chiappucci, Rodriguez i Belli zgodnie współpracują, ale najwięcej daje z siebie Bask. W szybkim tempie czołówka pokonuje podjazd Passo Aprica. Bierzin jedzie w podobnej liczebnie grupce, ale traci coraz więcej. Szala zwycięstwa w wyścigu przechyla się powoli w stronę Induraina. U podnóża finałowego podjazdu różnica między prowadzącą piątką a grupką lidera przekracza nieznacznie 3 minuty, zatem Indurain na 9 km przed metą etapu jest wirtualnym liderem wyścigu! I wtedy, trzykrotny na ten czas triumfator Tour de France i dwukrotny zwycięzca Giro d Italia, płaci wysoką cenę za pogoń za Pantanim na Mortirolo, oraz nadawanie tempa ucieczki przed Bierzinem na płaskim. Kiedy na początku podjazdu atakuje z nie mniejszą furią niż na Mortirolo Marco Pantani, zostają z tyłu wszyscy jego kompani. Indurain niemal się zatrzymuje, a na jego twarzy maluje się wielkie cierpienie. Brakuje zupełnie sił na tych parę marnych kilometrów (choć o średnim nachyleniu niemal 9%, a maksymalnym 15% w kilku miejscach). Ale i pozostali członkowie ucieczki mają teraz nietęgie miny. Sił na odjechanie Baskowi starcza jedynie Chiappucciemu, ale i on błyskawicznie traci do swojego młodszego kolegi z zespołu. Bierzin, który również szarżował na Mortirolo, przyspiesza, gdy słyszy komunikat od dyrektora sportowego o aktualnej sytuacji na trasie. Wobec pojawienia się możliwości skutecznej obrony różowej koszulki, Rosjanin sięga po ostatnie rezerwy. I po chwili powraca na wirtualny fotel lidera wyścigu, bo Indurain na ostatnim podjeździe ani na chwilę nie jest w stanie stanąć na pedałach. Podjechanie pod niespełna 9-kilometrowy podjazd zajęło mu 3,5 minuty więcej czasu niż Pantaniemu! Jeszcze 1-2 kilometry, a doścignąłby go sam Bierzin. Marco Pantani jest tego dnia bezkonkurencyjny, różnice czasowe na mecie tego historycznego etapu jasno na to wskazują: 1. Marco Pantani (siedem godzin bez kilku minut jazdy po wysokich górach!), 2. Claudio Chiappucci 2 minuty i 52 sekundy straty, 3. Wladimir Belli, 4. Nelson Rodriguez po 3 minuty i 27 sekund straty, 5. Miguel Indurain 3 minuty i 30 sekund straty!, 6. Jewgienij Bierzin, 7. Udo Bolts po 4 minuty i 6 sekund straty!!, 8. Gianni Bugno, 9. Wladimir Pulnikow, 10. Paweł Tonkow po 5 minut i 50 sekund straty. To prawdziwy nokaut i zarazem generalny triumf Carrery, która udowadnia, że aktualnie dysponuje dwoma najsilniejszymi góralami w peletonie. Niestety, jest to jednocześnie ostatnia jazda Marco pod Mortirolo, z różnych względów nie dane mu było wystąpić na etapach z tym kultowym podjazdem rozegranych w latach 1996, 1997, 1999 i 2004. Po tym odcinku Marco Pantani wychodzi na znakomitą 2. pozycję w klasyfikacji generalnej, przed wielkiego Miguela Induraina. Do Bierzina brakuje mu jeszcze tylko 1 minuty i 18 sekund, ma za to niecałe 2 minuty przewagi nad znakomitym Baskiem. To niewiele w kontekście drugiej jazdy indywidualnej na czas, na szczęście pozostaje jeszcze kilka etapów górskich, z których jeden prezentuje się bardzo okazale, choć nie jest aż tak ekstremalnie trudny jak ten do Aprica.

411
Sporty Wytrzymałościowe / Marco Pantani Szkoda Że Ciebie Tu Nie Ma.
« dnia: Lipca 02, 2015, 11:31:55 pm »
Pozwalam sobie w tym miejscu zamieścić historie "Pirata" i jeśli Sławek pozwoli będe to kontynuował jest to materiał zebrany i opisany przez mego kolege o niku mark ,jest to wspaniały materiał i jeśli będzie zainteresowanie będe kontynuował ponadto nigdzie te rzeczy nie sa prezentowane tu będą miały okazje ujżeć pierwszy raz światło dzienne.

Jak rzetelnie podsumować karierę Marco Pantaniego? Dlaczego, mimo, iż wygrał w porównaniu z innymi mistrzami roweru tak niewiele, już za życia adorowały go niezliczone rzesze fanów i był przez nich uwielbiany nawet, gdy w drugiej fazie kariery nie był już tak spektakularny i niemal notorycznie zawodził? Dlaczego Lance Armstrong i Jan Ullrich, kolarze kompletni, predysponowani do wygrywania seryjnie wielkich tourów, nie cieszyli się nigdy aż takim respektem? Czy przedwczesna śmierć jest powodem przedłużającej się fascynacji?
Maleńki góral znad morza przypominał spragnionym sukcesów kibicom włoskim wielkie dni ich kolarstwa, porównywano go zwłaszcza do jeżdżącego w podobnym stylu Fausto Coppiego - pierwszego kolarza, który wygrał w jednym roku kalendarzowym zarówno Giro d Italia, jak i Tour de France (Pantani dokonał tego wyczynu jako ostatni kolarz). Obaj ci wielcy górale jeździli na rowerach firmy Bianchi, obu prześladował częstokroć pech, obaj zmarli młodo i w pełni sławy. Ale Pantani miał kibiców na całym świecie. Utkwił im w pamięci wszystkim bezkompromisowy styl jazdy Marco, który nie bawił się w zawiłe kombinacje taktyczne, przez co rzadko wygrywał wielkie wyścigi, ale miewał dni naprawdę wielkiej chwały, kiedy upokarzał Induraina, Ullricha (Armstronga na dobrą sprawę pobił tylko jeden raz). Już w 1995 r., a więc w początkach wielkiej kariery Marco, dziennikarz La Gazzetta dello Sport pisał: Całe rodziny włączają po południu telewizor, by oglądać Tour de France i Giro d Italia, bo wiedzą, że Pantani zawsze zrobi coś niespodziewanego; pytanie tylko, co.
Marco Pantani potrafił przy tym imponować nie tylko sportowymi umiejętnościami na szosie - było przecież w historii kolarstwa wielu bardziej utytułowanych zawodników - ale i zainteresować bogatą i dość ekscentryczną osobowością. Był człowiekiem z prawdziwą wyobraźnią, zdolnym do spontanicznych zachowań, zupełnie odmiennych od sposobu bycia większości współczesnych gwiazd sportu. O sobie zwykł mówić w trzeciej osobie. Miał duszę artysty - pisywał wiersze, malował obrazy, rozpalał fanów niespodziewanymi pomysłami. Kiedy w końcu 1996 r. po strasznym wypadku wrócił na szosę, założył jasną perukę, żeby przejechać nie zauważonym w tempie maruderów przez pierwsze wyścigi.
Zyskał kilka obrazowych przydomków - Słoniątko, z racji dużych odstających uszu, a nawet Nosferatu (Marco urodą modela nie grzeszył), chyba jednak najbardziej popularny okazał się pseudonim Pirat, wywodzący się nie tylko z faktu, że Marco pochodził znad morza, ale przede wszystkim wynikający z jego sposobu zarówno bycia, jak i jazdy na rowerze. Z czasem Pantani w swoim stylu dostosował się do sytuacji, która najwyraźniej go bawiła i sprawiała dużą frajdę: mianowicie założył złote kolczyki, zapuścił szpiczastą rudą bródkę, owijał głowę niebieską bandaną, a nawet przytwierdził sobie do siodełka roweru piracki emblemat - czaszkę i skrzyżowane piszczele.
Ale nie o życiu i ekscentrycznych zwyczajach Marco Pantaniego będzie ten tekst - lecz o przebiegu kariery sportowej. Kiedy zaczynałem pisać (zaraz po pierwszej rocznicy Jego śmierci), myślałem o zamieszczeniu niniejszego tekstu w jednym kawałku, ale w miarę pisania okazało się to niemożliwe. Z uwagi na ograniczenia techniczne tego forum, o których istnieniu boleśnie się przekonałem podczas tworzenia kilku innych wcześniejszych wątków, ostatnio podczas opisu trasy tegorocznego Giro d Italia, zostałem zmuszony do podzielenia tekstu na aż sześć części - każdą poświęconą innemu etapowi kariery Marco. Dotąd mój najdłuższy post na tym forum wymagał zastosowania tylko dwóch członów.
Myślę, że po przeczytaniu całego tekstu jasnym się stanie, dlaczego od samego początku mojej aktywności przed Waszym szacownym audytorium przyjąłem wirtualny nick mark - który nijak ma się do mojego imienia w realnej rzeczywistości.

INTRO

Marco Pantani urodził się 13 stycznia 1970 roku w szpitalu w Cesenie. Dzieciństwo spędził w pobliskim Cesenatico, w regionie Emilia-Romagna - gdzie mieszkał z rodzicami. Miał siostrę Laurę. Jak to często z przyszłymi sławnymi ludźmi bywało, pochodził ze skromnej rodziny. Jego ojciec Ferdinando był hydraulikiem, matka Tonina zajmowała się domem, dorabiała także prowadzeniem kiosku, w którym sprzedawała lody i naleśniki. Rodzice dużo pracowali, stąd najwięcej czasu mały Marco spędzał z wychowującym go dziadkiem, Sotero Pantanim.
Nie uchodził za anioła, upilnować go było nie sposób. Szkoły nie cierpiał, uwielbiał za to rywalizację sportową. W wieku dziecięcym najbardziej interesował się futbolem, co, zważywszy na kraj urodzenia, nie dziwi ani trochę. Był bardzo szybki, grał w szkolnych drużynach na pozycji prawego ataku. Ale ponieważ dostał od Boga talent w innej dziedzinie, a we Włoszech niemal każdy gra w piłkę nożną, w wielkim tłumie chłopców o podobnych predyspozycjach nie przebił się (na szczęście!!) do reprezentacji Cesenatico w rozgrywkach międzymiastowych. A że od początku liczyło się dla niego jedynie pierwsze miejsce, porzuca futbol i zaczyna się interesować innymi dyscyplinami sportu.

Wybór pada na kolarstwo. Nie może być inaczej, w Cesenatico funkcjonuje Akademia Kolarstwa im. Fausto Coppiego - jak w wielu podobnych miasteczkach we Włoszech, gdzie zmarły przed pół wiekiem Fausto Coppi pozostaje do dziś kimś absolutnie wyjątkowym. Marco zgłasza się do tejże Akademii wraz z kilkoma dobrymi kolegami, spośród których tylko on nie ma kolarzówki - bierze stary rower ojca, przy którym ma duże trudności z dosięgnięciem pedałów. Jadą z trenerem i grupką równie młodych zawodników do Savignano na próbną jazdę. Po powrocie i pokonaniu pierwszych 50 kilometrów jest wykończony, ale szczęśliwy - nie dał się zgubić. Zapada jedna z najważniejszych decyzji w jego życiu - Marco chce być kolarzem. Widać jego jazda przypadła do gustu także trenerowi, bo ten, oczywiście za pisemną zgodą rodziców, zapisuje go do klubu. Dostaje biało-niebieski strój klubowy oraz wypożyczany na czas treningów rower marki Vicini. Rodzice muszą mu tylko kupić buty kolarskie. Marco ma trochę ponad 12 lat.
Po roku treningów jako prezent rodzice sprawiają mu nowiutki rower, też Vicini, ale nie biało-niebieski, ale czerwony. To pomysł dziadka Sotero, który wyłożył prawie połowę ceny kosztującego równowartość ok. 200 USD sprzętu. Marco może teraz jeździć o wiele więcej. I jeździ, kolarstwo staje się jego coraz większą pasją. Już nigdy nie będzie tak kochał żadnego roweru jak ten. Po każdym dniu zabiera go do domu, myje wodą z mydłem i szoruje szczotką. A wieczorami zabiera do sypialni.
22 kwietnia 1984 r. odnosi swoje pierwsze zwycięstwo w zawodach dzieci w Cesenie. Teraz ma już z górki. Jeszcze w tym samym roku wygrywa w podobnych zawodach w Serravcalle, Pieve di Quinto oraz Pieve di Noce.
Od 1985 r. jest już zdecydowanie najlepszy w okolicy. Przechodzi do kategorii juniorów. Szczególną ekspresyjnie zachowuje się na górskich podjazdach: lubi ośmieszać rywali, mimo napomnień trenerów, podjazd rozpoczyna z tyłu, za grupą, a kiedy czołówka się rozciąga, przyspiesza i po prostu przejeżdża obok rywali niczym ekspres. I zawsze tego rodzaju próby wygrywa, nie ma tu loterii.

W wieku dziewiętnastu lat Marco podpisuje swój pierwszy kontrakt - przechodzi do Rinascita Rawenna, najlepszego klubu do lat 23 regionu Emilia-Romagna. Wygrywa Piccolo Emilia i górską jazdę indywidualną na czas kończącą się na Futa Pass w wyścigu Sei Giorni del Sole.
W roku 1990 r. Marco Pantani zostaje mistrzem kolarzy-amatorów swojego rodzinnego regionu Emilia-Romagna oraz wygrywa dwa jednodniowe wyścigi: Ghiare di Berceto oraz Ostra Vetere. Bez wątpienia największy jednak jego sukces z tamtego roku stanowi 3. miejsce w Giro d Italia dla amatorów (a może raczej młodzików, jak należałoby przetłumaczyć `baby-giro'), gdzie uznaje wyższość innych słynnych w dorosłym kolarstwie górali - Wladimira Bellego i Ivana Gottiego, których losy sportowe splatać się będą odtąd z karierą Pantaniego. W 1991 r. Pantani notuje kolejny postęp. W Giro d Italia dla amatorów wygrywa jeden, oczywiście górski, etap do Agordo, a w klasyfikacji generalnej jest już 2. Przegrywa tym razem z Francesco Casagrande - do którego można odnieść wszystkie uwagi wypowiedziane wcześniej w stosunku do Bellego i Gottiego. Ponadto Pantani wygrywa znaczące wyścigi Giro dell Emilia i Grand Prix Meldola. Zaczyna powoli uchodzić za, na razie cichą, nadzieję Włochów na górskie wyścigi wieloetapowe - bo do odnoszenia sukcesów właśnie w nich wydaje się mieć największe predyspozycje. Debiutuje także w reprezentacji Italii w międzynarodowym wyścigu Settimana Bergamasca, wygranym, nota bene, przez... Amerykanina Lance Armstronga.
Sezon 1992 r. rozpoczyna 15 maja startem w jednodniowym Giro di Friuli. Zajmuje w nim dobre 5. miejsce. Ale podstawowym zadaniem jest Giro d Italia młodzików, gdzie z roku na rok idzie mu przecież coraz lepiej. I Marco Pantani nie zawodzi. W rozgrywanym w dniach 5-27 czerwca wyścigu Pantani nie ma tym razem sobie równych w klasyfikacji generalnej, w Dolomitach gromiąc rywali na obu etapach w Dolomitach - do Cavalese i do Alleghe. Wraca do Cesenatico jako najszczęśliwszy człowiek na świecie. I nagle wszystko się wali. Dziadek Sotero Pantani, który go wychowywał i sprawił pierwszy rower, w dniu jego powrotu leży w szpitalu. Umiera następnego dnia. A Pantani, imponujący wspaniałymi lokami na głowie, po stracie ukochanego człowieka, którego traktował jak najlepszego przyjaciela, zaczyna tracić włosy.

Ponieważ jasnym się staje, że w gronie amatorów jego dalszy rozwój w tym tempie nie będzie możliwy, przyjmuje zaloty zespołów zawodowych wyrażających u jego menedżera coraz większe zainteresowanie osobą łysiejącego młodzieńca. W efekcie tego, w sierpniu Pantani podpisuje profesjonalny kontrakt, stając się jeźdźcem grupy Carrera-Tassoni. Ma nawet intratniejsze propozycje, jednak o jego wyborze decyduje chęć nauki trudnego rzemiosła u boku wielce popularnego wówczas nie tylko we Włoszech Claudio Chiappucciego (kolekcjonera pośledniejszych miejsc na podiach końcowych GdI i TdF, jednego z najwybitniejszych kolarzy w historii spośród tych, którym nie dane było nigdy wygrać klasyfikacji generalnej wyścigu kategorii wielkie toury), a także Stephena Roche, Irlandczyka należącego do ekskluzywnego grona kolarzy, którzy w jednym roku wygrali Tour de France i Giro d Italia.

Jako zawodowiec zostaje natychmiast zapędzony do startów. Debiutuje w profesjonalnym peletonie 5 sierpnia 1992 r. w Grand Prix Camaiore. 21 sierpnia startuje w Coppa Agostini i zajmuje w nim bardzo dobre 16. miejsce (wygrywa jego rodak o idealnie adekwatnym do wykonywanego zawodu nazwisku, Stefano Colage). Tydzień później, 29 sierpnia, zajmuje znakomite 20. miejsce w o wiele bardziej prestiżowym Giro del Veneto. A po upływie kolejnych dwóch tygodni Pantani wywalcza swoje pierwsze w karierze miejsce na podium (3.) w prawdziwym kolarstwie - 13 września w wyścigu niższej rangi, poświęconym pamięci dawnego włoskiego czempiona Gastone Nenciniego.

Rok 1993 siłą rzeczy jest dla Pantaniego czasem nauki i wyzbywania się nawyków amatora. Rozpoczyna dość wcześnie, 27 lutego od 9. miejsca w Reggio Di Calabria. Jego pierwszy wyścig kilkudniowy w gronie zawodowców to trzyetapowe Criterium International rozgrywane w dniach 27-28 marca. Zajmuje w tej imprezie przeciętne 46. miejsce, z dużą stratą 20 minut i 14 sekund do triumfatora Erika Breukinka. Lider zespołu Claudio Chiappucci przyjeżdża tylko o jedną pozycję wyżej, ale do wielkich tourów jest przecież jeszcze sporo czasu, a słynny Diabeł jak zwykle ma zamiar walczyć o zwycięstwo ogólne przede wszystkim w tracie tych wyścigów.
W dniach 5-9 kwietnia Pantani zalicza pierwszą naprawdę trudną imprezę wieloetapową. I jak na żółtodzioba wypada bardzo dobrze, zajmując wysoką 19. pozycję w klasyfikacji generalnej wyścigu Dookoła Kraju Basków. Traci do zwycięzcy, którym okazuje się znakomity Tony Rominger, 2 minuty i 3 sekundy, nie należy jednak zapominać, że nie może on realizować wówczas jakichś większych ambicji, spełniając tylko rolę gregario. Claudio Chiappucci tymczasem wypada niewiele lepiej, przyjeżdża 10., tylko 27 sekund przed Pantanim.
W dalszym etapie przygotowań Marco udaje się na trasy tradycyjnych wiosennych klasyków. 14. kwietnia startuje w Walońskiej Strzale. W końcówce peletonowi urywa się ósemka kolarzy z Claudio Chiappuccim - a więc Pantani nie ma prawa gonić. Wyścig wygrywa najlepszy wtenczas specjalista od tego typu wyścigów, Maurizio Fondriest, a lider Carrery zajmuje bardzo dobrą 3. lokatę, tracąc jednak w końcówce ponad 1 minutę do rodaka. 3 minuty i 8 sekund za zwycięzcą metę osiąga peleton z Pantanim - który zajmuje ostatecznie 30. pozycję.
18 kwietnia z kolei Pantani debiutuje w jednym z najtrudniejszych wyścigów jednoetapowych świata, w dodatku z XIX-wieczną tradycją - Liege-Bastogne-Liege. Ta impreza okazuje się dla niego jeszcze za trudna, jednak walczy bardzo dzielnie i kończy ją na 67. miejscu, ze stratą 16 minut i 12 sekund do triumfatora. Jednak w Carrerze panuje prawdziwa euforia, gdyż zwycięża jej zawodnik, Duńczyk Rolf Sorensen, ponadto bardzo dobrze wypada nominalny lider zespołu Claudio Chiappucci, który do Liege przyjeżdża na 6. miejscu.

Pantani wraca do Włoch, by wziąć udział w mniej liczących się w światku kolarskim klasykach. 25 kwietnia Marco przyzwoicie (12. miejsce) wypada w Giro di Friuli, tydzień później, 1 maja, jeszcze lepiej w Grand Prix Larciano, gdzie zajmuje 6. pozycję.
W dniach 11-15 maja Pantani startuje natomiast w próbie generalnej dla Włochów przed Giro d Italia, wielce prestiżowej górskiej etapówce Giro del Trentino. Wyścig ten okazuje się dla niego najbardziej udany z wszystkich występów w dotychczasowej karierze, choć nie odgrywa pierwszoplanowej roli na żadnym z etapów - cała ekipa Carrery wytrwale pracuje na rzecz ubiegłorocznego zwycięzcy imprezy, Claudio Chiappucciego. Najwartościowszymi gregario w zespole okazują się Wenezuelczyk Leonardo Sierra i właśnie Marco Pantani, którzy do końca każdego z etapów zachowują miejsce w ścisłej czołówce. W klasyfikacji generalnej Chiappucci zajmuje pewne 2. miejsce, zaledwie 11 sekund za będącym wówczas w niesamowitym gazie Maurizio Fondriestem, wygrywającym aż trzy z czterech etapów. Claudio Chiappucci dwukrotnie utrzymuje się z Fondriestem w dwójkowej akcji w końcówkach etapów, ale na finiszach nie ma szans z bardziej wszechstronnym rodakiem. Ostatecznie Pantani kończy wyścig na 5. miejscu, ze stratą 54 sekund do zwycięzcy. Trzeba jednak jeszcze nadmienić, że impreza jest bardzo silnie obsadzona, w klasyfikacji generalnej przed Pantanim lokują się jeszcze tylko Leonardo Sierra i Wladimir Belli, a na kolejnych miejscach sklasyfikowano Francesco Casagrande i Zenona Jaskułę (3. rok wcześniej).

Strony: 1 ... 26 27 [28]

Recent

użytkowników
  • Użytkowników w sumie: 2981
  • Latest: Kilercia
Stats
  • Wiadomości w sumie: 11793
  • Wątków w sumie: 728
  • Online Today: 31
  • Online Ever: 525
  • (Grudnia 07, 2019, 12:41:06 am)
Użytkownicy online
Users: 0
Guests: 16
Total: 16